Wielki Q i jego plany

Nudziło mi się troszkę przez chwilę i takie coś sobie zrobiłem.

 

Pasja pisania, pasja rozmawiania – wywiad ze Stevenem Savile’em

Mój wywiad ze Stevenem Savile”em.

 

Steven Savile, jak sam się określa, jest „fenomenem science-fiction i dark fantasy w jednym”. Jest autorem świetnie przyjętej powieści „Laughing boy’s shadow”, wielokrotnie nagradzanej noweli „Houdini’s last illusion”, oraz kilku zbiorów opowiadań, takich jak „Angel road”, oraz najnowszej „The odalisque and other strange stories”. Jako wieloletni miłośnik gatunku, pisał również dla takich serii jak „Doctor Who”, „Torchwood”, „Primeval”, „Stargate”, „Guild Wars”, „Star Wars” i „Jurrasic Park”. W 2009 zdobył International MediaTie-In Writer’s Scribe Award za powieść osadzoną w realiach kultowej w Wielkiej Brytanii serii „Primeval: Shadow of the jaguar”. Jego debiutancki thriller, „Srebro” („Silver”), został przełożony na czternaście języków. (zdjęcie jak i notka o autorze pochodzą ze strony wydawnictwa Replika)

 

Piotr Dresler: Jakie wydarzenia i inne historie (książki, filmy) stanowiły dla Ciebie inspirację do napisania „Londyńskiej Makabry”?

Steven Savile: Właściwie to inspiracja przyszła podczas rozmowy telefonicznej. Rozmawiałam z Larrym Robertsem, który prowadzi Bloodletting press w USA – jest wydawcą limitowanych edycji horrorów – i zażartowałem, że powinien kupić coś mojego dla BLP, ale nie jestem dość „paskudny”, a Larry odpowiedział – wiesz, zawsze kochałem Cthulhu i czasy wiktoriańskie. Tak się zdarzyło, że myślałem o napisaniu nowoczesnej powieści „pustej ziemi” z watykańskimi mordercami, demonicznymi dżentelmenami itd. Więc z szybkością błyskawicy rzuciłem mu pomysł powieści pustej ziemi z demonami i wiktoriańskimi dżentelmeńskimi rycerzami. On się zgodził i tak praktycznie powstał pierwszy rozdział „Londyńskiej Makabry” (aż do tej charakterystycznej części z bohaterem dnia/demonem dnia).

To była prawdopodobnie moja najpopularniejsza nowela i dostawałem regularnie listy od wydawców, w których prosili żebym napisał dla nich następny tekst z serii „Greyfriars”, więc zgodziłem się napisać dwa. Jeden, „The dead and the dreaming” jest o dżentelmenie, który zstępuje, by zająć się problemem w Australii, powstałym na skutek deportacji skazańców, drugi to „Londyńska Makabra”, która powinna mieć jakieś osiemdziesiąt, sto stron, o podtytule „The fall of heaven” dla innego małego wydawnictwa w stanach – Dark Regions. To stąd zrodziła się idea mapy.

Ale kiedy usiadłem do pisania, zaraz po skończeniu „Silver” (który jest mainstreamowym trillerem, również dostępnym w Polsce, wydany przez Replikę) nie byłem w trybie krótkohistoryjkowym, jeśli to ma sens? Zauważyłem, że pisałem z intensywnością dorównującą krótkim formom robiąc z tego kawał dobrego materiału do czytania.

Jeśli chodzi o styl, zawsze kochałem „Bramę Anubisa” Tima Powersa, „Morlock nights” Jetersa i „Homunkulusa” Jamesa Blaylocka, więc powiedziałbym, że korzenie „Londyńskiej Makabry” są o wiele bardziej literackie niż kinowe w swojej naturze.

Piotr Dresler: Podczas lektury powieści rzuca się w oczy ogromna ilość zawartych w fabule pomysłów. Jest ich tyle, że z powodzeniem można by było obdzielić nimi dwa, trzy inne tytuły. Czy połączenie tylu pomysłów w jedną, spójną historię było dla Ciebie wyzwaniem?

Steven Savile: Jak wspomniałem wcześniej, nie było moim zamiarem by powieść była tak gęsto napakowana pomysłami, kiedy ją zaczynałem, ale szybko przyłapałem się na myśleniu o tym, że chcę to rozciągnąć, zapełnić pokaźne płótno, chcę magii, która będzie poparta nauką, chcę demonów, egiptologii i eskapologii (przyp. tłumacza: to magiczne uwalnianie się z kajdan i pułapek) i o wiele więcej. I bardzo szybko odkryłem, że ten świat sam obudził się do życia. Oczywiście napisałem wcześniej kilka serii książek  w stylu Warhammera (dlatego też „Londyńska Makabra” zadebiutowała w Polsce, ale dojdziemy do tego) i podoba mi się idea pisania czegoś niebagatelnego. „Londyńska Makabra” jest najdłuższą powieścią jaką kiedykolwiek napisałem i każdy jej aspekt jest istotny dla rozwiązania całości, tworząc prawdziwą mozaikę z tysiącem małych kawałków, które składają się na jeden duży obraz. Normalnie zastosowałbym jednowątkową fabułę albo nawet dwa przeciwstawne wątki dla pojedynczej książki, ale w tym przypadku chciałem żeby każdy z drużyny miał swoją historię, wziąwszy pod uwagę, że Fabian Stark był najpopularniejszą postacią w „Pustej ziemi” chciałem żeby grał kluczową rolę w tej historii. Byłem świadom, że wyciągnięcie go znikąd byłoby bardzo sztuczne, więc zaproponowałem mu przywrócenie do łask. Pozwalając pożegnać się ze wszystkimi przyjaciółmi i odgrywać kluczową rolę w momentach kiedy go potrzebowali, bez konieczności jego przetrwania… Tak powstała duża część fabuły.

Właściwie mam pomysły na kolejne dwie powieści w tej serii, ale prawdopodobnie nie ruszę ich przez następnych kilka lat.

Piotr Dresler: Nawiązując do poprzedniego pytania, jakie napotykałeś trudności podczas tworzenia „Londyńskiej Makabry”?

Steven Savile: Z tak dużą ilością indywidualnych wątków do żonglowania był taki moment około 20 grudnia 2009 r., kiedy spodziewałem się skończyć książkę przed 1 stycznia 2010 r., ale uświadomiłem sobie z wielkim przerażeniem, iż zostawiłem Locka siedzącego przy stole na Konklawe i zapomniałem o nim na następne dwieście stron i dużą ilość ciasno splątanych wątków. Byłem śmiertelnie zażenowany. Na początek to oznaczało, że nie dokończę powieści do stycznia jak zakładałem, ale znacznie gorsze było to, że Locke nie miał NIC do roboty, ponieważ rozwiązałem wszystkie wątki bez jego udziału. Zrobiłem sobie tydzień wolnego i myślałem… I stworzyłem całkiem nowy wątek dla niego, który sprawił, że książka wyszła moim zdaniem jeszcze lepiej. Choć oczywiście wzrósł też poziom skomplikowania całości.

Piotr Dresler: Czy planujesz stworzyć kontynuację perypetii Dżentelmeńskich Rycerzy Londynu?

Steven Savile: Tak. Mam dwa zupełnie różne pomysły i mam nadzieję przenieść je na papier: „Matka Londynu” i „Londyn płonie”. Spodziewam się zacząć pracę nad „Matką Londynu” za jakieś osiemnaście miesięcy. Mam kilka innych rzeczy do napisania wcześniej.

Piotr Dresler: Jak doszło do wydania Twojej powieści w Polsce?

Steven Savile: Nie tylko była opublikowana w Polsce, ale Polska była pierwszym krajem na świecie, w którym powieść wyszła. To był dość specyficzny moment. Sprzedałem już „Silver” Replice, kiedy mój edytor wspomniał, że widział jedną z moich powieści na półce w miejscowej księgarni. Kupił kopię („Klątwa Necrarcha”) i wysłał mi ją. Nic o tym nie wiedziałem, więc byłem zachwycony i zaskoczony, ale skoro to był Warhammer to nie posiadałem praw do tej historii i pojawiło się kilka zagranicznych edycji, których nadal nigdy nie miałem okazji zobaczyć. Na tylnej okładce „Necrarcha” wspomniano, że Copernicus również opublikował kilka moich opowiadań, więc napisałem emaila do Andy’ego, właściciela, i zapytałem czy mógłbym dostać jakieś kopie na swoją półkę. Porozmawialiśmy i zapytał czy mam coś co mogłoby przypaść do gustu fanom Warhammera w Polsce. A ja dosłownie dopiero co napisałem koniec „Londyńskiej Makabry”. Powiedziałem, że co prawda to nic w stylu Warhammera, ale też fantasy i zaproponowałem żeby sam zerknął na powieść. Tak spodobała mu się książka, że kupił ją dla Copernicusa w ciągu tygodnia.

Piotr Dresler: Możemy liczyć na więcej Twoich dzieł przetłumaczonych na język polski?

Steven Savile: Mam nadzieję, że będzie (Andy – przyp. tłumacza) robił moją następną powieść, apokaliptyczny thriller science fiction „Immortal” w przyszłym roku i moją arturiańską powieść fantasy „Czarny kielich”.

Replika ma możliwość wydania „Gold” w Polsce (sequel do „Srebra”) i przyglądają się „Outcasts”, która była moją pierwszą powieścią grozy, napisaną kiedy jeszcze byłem młodym gniewnym. Więc mam nadzieję, że odpowiedź brzmi tak.

Piotr Dresler: Masz już na koncie kilka świetnych powieści, które czytelnicy przyjęli bardzo przychylnie. Czy gdybyś mógł, zmieniłbyś w nich coś?

Steven Savile: O, na pewno. Właściwie „Immortal” jest tego idealnym przykładem. Sześć czy siedem lat temu napisałem czteroczęściową serię powieści dla Apex Digest w USA. Bardzo lubiłem niektóre jej części a innych nienawidziłem. Niedawno, kiedy napisałem już kilkaset stron „Gold” i potrzebowałem odpoczynku, by oczyścić umysł i odpocząć od tej historii, zdecydowałem, że naprawię to, co mnie zawsze irytowało w tych opowieściach(z „Immortal”, przyp. tłumacza). Było tego jakieś trzydzieści tysięcy słów czy sto stron. Rozebrałem je do zera, wybrałem to co lubiłem, wyrzuciłem to czego nie i napisałem to od początku do końca zamieniając w osiemdziesiąt pięć tysięcy słów powieści sf, z której jestem bardzo zadowolony. Teraz historia pasuje do postaci, nie czuję w niej już ciągłego pośpieszania i nieadekwatności.

Ogólnie uważam, że pisarze muszą nauczyć się odpuszczać, inaczej zawsze istnieje pokusa żeby naprawiać, i naprawiać, i naprawiać stare prace. Rzecz w tym, że każdego dnia powinieneś się stawać lepszym pisarzem niż dzień wcześniej, czy miesiąc wcześniej, czy rok wcześniej, więc zawsze możesz spojrzeć wstecz i pomyśleć „ałć mogłem to zrobić lepiej”. Trzeba uwierzyć w stan idealny na daną chwilę i po prostu sobie odpuścić.

Piotr Dresler: Jak wcześniej już stwierdziłem Twoje powieści są bardzo cenione przez czytelników. Na pewno jednak zdarzają się jakieś krytyczne opinie. Jak sobie z nimi radzisz?

Steven Savile: To bardzo dziwna sytuacja, ale szczerze myślę, że to ważne by być i kochanym i znienawidzonym, silne reakcje na książkę są dobre, to znaczy, że zrobiłeś coś właściwie. Najgorszym scenariuszem jest kiedy ludzie po prostu wzruszają ramionami i im nie zależy.

Jeśli spojrzeć na „Londyńską Makabrę” w Polsce to spotkałem się ze strasznymi opiniami typu „wydrapię ci oczy”, ale było i trochę pochlebnych, nic pośrodku. Myślę, że jeśli dobrze wykonujesz swoją pracę, powinieneś otrzymywać jakieś trzydzieści trzy procent dobrych opinii, trzydzieści trzy średnich i trzydzieści trzy złych i to znaczy, że twoja książka jest czytana przez dość szerokie spektrum odbiorców. Jeśli dostajesz tylko dobre opinie to znaczy, że powieść nie dociera do ludzi, którym się nie podoba i że nie znajduje ci nowych czytelników a ląduje tylko u osób, które cię lubią.

Jest też dziwny związek między internetem i opiniami. W Wielkiej Brytanii „Silver” osiągał trzecie miejsce na Amazonie przez kilka miesięcy i miał pięćdziesiąt recenzji, pięćdziesiąt procent to były oceny  cztero- i pięciogwiazdkowe, trzydzieści procent oceny jednogwiazdkowe i dwadzieścia procent ocen dwu- i trzygwiazdkowych. Ale tych pięćdziesiąt opinii nie stanowiło nawet dziesiętnej części procenta sprzedaży. Ludzie, którzy czerpią przyjemność z książek, generalnie po prostu przechodzą do następnej książki, nie wyrażając swojego sądu. Częstszym jest, że ludzie, którzy czują się oszukani czy źli dają upust tym emocjom. Im jesteś bardziej popularny, tym więcej doświadczasz niechęci i negatywnych emocji. Masz tylko nadzieję, że pozytywne doświadczenia przeważą nad negatywnymi.

Piotr Dresler: Wielu znanych mi pisarzy odkryło w sobie miłość do słowa pisanego zupełnie przez przypadek. Jak było z Tobą?

Steven Savile: Właściwie to było jeszcze w szkole, kiedy byłem dość młody. Nawet w wieku dziesięciu lat pisałem porządne opowiadania. Mając siedemnaście pracowałem już nad swoją pierwszą powieścią „The wizard dawn.” („Ziew czarodzieja”), która była kiepskim komiksem fantastycznym z żartami w stylu „ przewróciła oczami a on pomógł im wstać”. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, opuszczałem wykłady na uniwerku by pisać na mojej starej maszynie Imperiala. Kiedy miałem dwadzieścia jeden lat skończyłem „The last Angel” i znalazłem pierwszego agenta. Właśnie świętuję dwudziestą rocznicę napisania tej powieści, co jest dla mnie surrealistyczne. Za rok minie pół mojego życia odkąd ją napisałem.

Piotr Dresler: Czy wśród pisarzy, których lubisz czytać są tacy, na których się wzorujesz?

Steven Savile: Jak każdy, zacząłem pisać jako fan. Najpierw „Weaveworld” Clive’a Bakera a potem „Cmętarz zwieżąt” Stephena Kinga które otworzyły dla mnie świat nowych możliwości. Potem były powieści Michaela Moorcocka „Elric” (czytałem jedną książkę na noc przed moimi egzaminami na uniwerku zamiast uczyć się do nich) i książki Stephena Donaldsona „Thomas covenant”, które mama kupiła mi na osiemnaste urodziny. Skończyłem je czytać w wigilię i płakałem jak idiota na ostatnich stronach. Kilka lat później odkryłem Johnathana Carrolla, który wywrócił mój świat do góry nogami i prawdopodobnie miał większy wpływ na sposób w jaki pojmuję rzeczywistość niż jakikolwiek inny pisarz. Teraz nie czytam tak dużo jak kiedyś, ale kocham Douglasa Couplanda, Paula Austera, Lee Childa, Josepha Wambaugha, i podobnych, głównie spoza gatunku. Zauważyłem, że po całym dniu siedzenia przy kompie, ostatnią rzeczą jaką chcę czytać są historie podobne do tych, nad którymi pracuję.

Piotr Dresler: Pisząc, wyznaczasz sobie jakieś limity dzienne stron?

Steven Savile: Staram się pisać tysiąc pięćset słów na dzień, więc jeśli przyjąć trzysta trzydzieści słów na stronę skończonej powieści to będzie to jakieś sześć, siedem stron dziennie.

Piotr Dresler: Jakie jest Twoje podejście do pisarstwa?

Steven Savile: To moja codzienna praca. To oznacza, że piszę codziennie, każdego dnia w roku. Nie biorę wolnych weekendów. Czasem może i nie piszę dłużej niż  godzina czy dwie, ale każdego dnia staram się coś zrobić. Kiedyś byłem stosunkowo „artystyczny” i twierdziłem, że potrzebuję muzy by mnie natchnęła i innych takich, żeby usprawiedliwić to, że nie piszę. To się zmieniło jakieś siedem lat temu, kiedy wziąłem się w garść i zdecydowałem, że chcę być pisarzem na pełen etat, co oznaczało dużo pisania. Jeśli nie piszę, nie jem.

Piotr Dresler: Planujesz może odwiedzić swoich czytelników w Polsce?

Steven Savile: Tak, mam nadzieję, że do czasu gdy „Gold” i „Immortal” wyjdą, będę miał dość czytelników by zrobić sobie wycieczkę i odwiedzić kilka miast. To jedno z tych państw, które zawsze chciałem odwiedzić.

Piotr Dresler: Porównywano Cię do Dana Browna. Nie boisz się takich porównań?

Steven Savile: O boże, tak. Widzisz, dla mnie „Silver” w niczym nie przypomina Browna. Wszystko co mają wspólnego to centralny aspekt religijnej konspiracji, ale w „Silverze” nawet moi bohaterowie badający ową konspirację w nią nie wierzą, używają jej do manipulowania innymi. „Silver” jest bardziej jak „Dzień Szakala” niż „Kod Leonarda da Vinci” a „Gold” jest nawet bardziej przesunięty w stronę politycznego/ekonomicznego thrillera… więc ludzie, którzy podchodzą do tej serii oczekując Dana Browna będą zawiedzeni. Najczęstszą złą opinią jest prawie zawsze „to nie Dan Brown…”

Piotr Dresler: Gdzieś przeczytałem, że powiedziałeś o sobie, że jesteś „fenomenem science-fiction i dark fantasy w jednym”. Skąd ta pewność siebie?

Steven Savile: Ha ha, to nie byłem JA, to powiedział jeden ze speców od reklamy w Games Workshop, kiedy mnie po raz pierwszy zatrudnili. Gdybym pisał własne slogany to wyglądałyby tak „Steven Savile budzi się każdego ranka obawiając się możliwości, że ludzie odkryli, iż wcale nie jest taki dobry, dziękuje jakiemu diabłu co się nim opiekuje za to, że jednak nie odkryli i może opowiadać swoje historie jeszcze choćby przez jeden dzień…” więc jestem o wiele mniej pewny siebie niż to by wynikało z tego cytatu. Pewnie jak większość z nas.

Piotr Dresler: Dlaczego akurat science fiction i dark fantasy?

Steven Savile: Myślę, że to się sprowadza do tego, co kochałem dorastając. Prawie wszystko co czytałem do dwudziestego czwartego czy dwudziestego piątego roku życia to fantasy czy science fiction. Gdybym teraz zaczynał pisać, pewnie mocniej przyciągałyby mnie bardziej „ludzkie” historie miejskiego i podmiejskiego życia, zawody miłosne, miłość i ta jedyna magia byłaby w związkach międzyludzkich jakie się przewijają. Pracuję teraz nad scenariuszem „The Only one”, jako projektem bardziej w celach rozrywkowych, który jest oparty na muzyce Jamesa Granta (Love and Money) i bardzo podoba mi się to doświadczenie. Jest coś wyzwalającego w tworzeniu samych dialogów, które kierują opowieścią.

Piotr Dresler: Czy zdarzyła Ci się jakaś historia związana z pisarstwem, która przyprawia Cię o uśmiech na twarzy lub odwrotnie?

Steven Savile: Kiedy pisałem pierwszą powieść „Primeval”, dostałem list od młodej dziewczyny, która narysowała mi kilka świetnych obrazków dinozaurów. To na pewno wywołało u mnie uśmiech. Zostałem też zabity przez kilku przyjaciół w ich powieściach, włączając bycie złym charakterem w książce Richarda Laymona „In the dark”. Kocham kiedy czytelnicy to zauważają i potem mailują „czy jesteś TYM Stevenem Savile’em z „In the dark?”.

 

Piotr Dresler: Qfant czytuje bardzo wielu początkujących pisarzy. Masz może dla nich jakieś rady?

 

Steven Savile: Pewnie najlepszą radą, jaką kiedykolwiek dostałem to, że to nie jest wyścig. Nie śpiesz się do sławy. Jeśli napiszesz tylko trzy świetne opowiadania w ciągu roku, napisałeś trzy świetne opowiadania w ciągu roku. Rób tak co rok przez trzydzieści lat i napiszesz dziewięćdziesiąt świetnych opowiadań w ciągu życia i ludzie cię zapamiętają. Napisz dziewięćdziesiąt przyzwoitych opowiadań w pięć lat i ludzie o tobie zapomną. Pisz jedną świetną powieść co trzy lata przez trzydzieści lat i masz dziesięć świetnych powieści, dziewięćdziesiąt świetnych opowiadań i jesteś pisarzem godnym tytułu jednego z najlepszych. Napisz dziesięć przyzwoitych powieści w pięć lat i prawdopodobnie zostaniesz zapomniany. Myślcie o pisaniu jak o długim spacerze przez pustynię – musisz iść wolno, zabrać dużo wody i odpoczywać.

Piszcie o czymś co was pasjonuje – z niektórych moich prac zrobiłem powieści polityczne np. „Black water”, która jest o oleju (dla Torchwood) i „Immortal”, w której poruszam prawdopodobnie najgorętszy temat, jednak ponieważ te kwestie bardzo mnie pasjonują, mam nadzieję że to mocniejsza lektura.

Rób wywiady i badania. Pisać o tym co się wie, tak naprawdę oznacza wyjść i DOWIEDZIEĆ SIĘ czego się nie wie.

Opowieści są o ludziach, pisz opowieści o ludziach, którzy są warci tego by o nich pisać.

Pisz. Nawet jeśli masz zły dzień i uważasz, że piszesz śmieci. Pisz. Ponieważ tysiąc pięćset złych słów można poprawić. Nie możesz za to poprawić tego, czego nie napiszesz. Świetny pomysł w twojej głowie jest bezwartościowy. Świetny pomysł źle wyrażony na papierze może być poprawiony. Więc pozwól sobie pisać śmieci. Wszyscy to czasem robimy. Czytelnicy nie widzą różnicy między słowami napisanymi pod wpływem pasji, kiedy słowa po prostu płyną a między słowami, które się poleruje tygodniami z bólem jak przy wyrywaniu zębów.

 

Tłumaczyła Dagmara Andrzejczak

Czas na relaks

Cały czas piszę, że robię to czy tamto. Przyszedł czas na odrobinę odpoczynku.

Dzisiaj odpoczywam przy serialu, który pokochałem od pierwszego odcinku, a mianowicie „Big Bang Theory”.

Jeśli ktokolwiek z was go jeszcze nie widział to gorąco polecam. Oglądam już chyba czwarty raz wszystkie odcinki po kolei.

Na obrazku poniżej jeden z bohaterów serialu – Sheldon Cooper.

 

Bezlitosna logika

Trzecia z zasad potrójnego „R” to racjonalność, inaczej mówiąc kierowanie się logiką. Dlaczego o tym wspominam i czemu akurat to jest według mnie ważna sprawa? Z prostego powodu: ciężko czyta się opowiadania czy też powieści gdzie nic nie trzyma się kupy i postacie w niech występujące kierują się wszystkim tylko nie logiką. No dobrze, z tym kierowaniem się logikom to przesadzam, to jest mało ważne. Chodzi mi głównie o logiczne opisywanie sytuacji i wydarzeń.

Przykładem może być taka oto sytuacja:

„Zabrali mu sznurówki oraz pasek. Pewnie sądzili, że coś sobie zrobi. Nie przeszkodziło mu to jednak w ucieczce. Co prawda trampki trochę się ześlizgiwały, ale to szczegół. Gdy wychodził już z budynku dojrzeli go strażnicy. Zaczął biec najszybciej jak potrafił. Przebiegł przez ulicę i zaczął kierować się przez park w stronę postoju taksówek. Trawa była wysoka lecz nie przeszkodziło mu to w ucieczce. Strażnicy nie mieli żadnych szans.”

Co w tym fragmencie nie pasuje? Oprócz grafomańskiego stylu i podejścia do pisania? Otóż jedna bardzo wazna rzecz. Jak osoba w trampkach bez sznurówek, biegnąca przez wysoką trawę może uciec strażnikom, którzy pewnie nie mają takich braków? Może was to śmieszyć lub dziwić, ale spotykałem się z podobnymi mało logicznymi sytuacjami.

Inna sprawa to dziwna sprawa, która mnie okropnie irytuje u autorów fantastyki głównie. Ok, tu światem rządzą inne prawa niż w powiedzmy kryminale, ale na Boga sa jakieś granice. W przypadku gdy autor opisuje XVI wieczną Anglię, w której co prawda władcy posiadają zdolności magiczne, z dosyć dużą dokładnością to nie rozumiem jakim cudem wkłada nagle do kieszeni bohaterów telefony komórkowe czy inne gadżety elektryczne? I to nie jest skrajny przypadek, z czymś takim jakiś czas temu miałem notorycznie do czynienia. Wiele rozumiem, ale nie działanie wbrew logice.

Przyznam jednak szczerze, że czasem wychodzą z tego ciekawe rzeczy. Rzadko, ale wychodzą.

Tak zastanawiam się: może jestem starym prykiem i ta nietolerancja do takich odstępstw jest własnie tego efektem?

Jacek Skowroński zaprasza do udziału w Horyzontach Wyobraźni

I stało się. Oto pierwsze zaproszenie do udziału w konkursie Horyzonty Wyobraźni.

Zaprasza pierwszy kryminalista Warszawy, który swoją pomysłowością przyćmił MacGyvera!

Jeśli do konkursu zaprasza Jacek to wiedzcie, że coś się dzieje!

Grunt to dobre przygotowanie

Przyszedł czas na kolejny błąd popełniany przez początkujących autorów. Zawiera się on w mojej zasadzie trzech „R”, mowa o researchu czyli odpowiednim przygotowaniu do pisania. Bardzo często zdarza mi się czytać teksty mocno osadzone w pewnej epoce, w których pojawiają się przedmioty czy instytucje jeszcze wtedy nie istniejące. W przypadku niektórych gautunków jest to dopuszczalne, ale tak naprawdę niewielu.

Kilka lat temu pisałem tekst o II wojnie światowej, którego akcja się działa w miasteczku Calais. W tym czasie znajdowały się tam główne umocnienia Wału Atlantyckiego i chciałem wykorzystać ten motyw. Zanim jednak zabrałem się za pisanie poświęciłem trochę czasu na poszukiwania dokładniejszych danych pomocnych do opisania miasta, jego okolic oraz tego co mogli napotkać na swej drodze żołnierze wysłani tam przeze mnie. Gdzieś można znaleźć w Internecie początek opowiadania przed researchu. Dodam, że nieskończonego nigdy opowiadania. Polubiłem jednak szeregowego Abelowicza i wiem, że kiedyś je skończę.

Podobną sytuację miałem w przypadku pisania tekstu, w którym główny bohater skończył na stryczku – sam opis powieszenia miał kilka linijek, ale żeby go napisać poprawnie przeczytałem kilkanaście stron WWW i kilka fragmentów w książkach.

Kilka dni temu czytałem opowiadanie osadzone podobno w XVIII wiecznej Wenecji. Według autora opowiadania będącej wtedy jednym z miast Włoskich. Autor jednak nie odrobił lekcji historii i nie wiedział, że wtedy Wenecja została podbita przez Napoleona i po zawarciu pokoju w Campo Formio została włączona do Austrii. Częścią królestwa Weneckiego zostałą dopiero w XIX wieku. Dla wielu takie coś jest mało ważne, ale dla mnie jest to okropny błąd.

Innym razem jeden z autorów wprowadził do fabuły tramwaje na sto lat przed ich faktycznym powstaniem. To jest jednak mały błąd, którego czytelnik może nie wyłapać. Co innego gdy na miejsce akcji utworu wybieramy jakieś miasto, w którym nigdy nie byliśmy i dajemy się porwać wyobraźni. Czytając jakiś miesiąc temu opowiadanie, którego akcja dzieje się we współczesnym Poznaniu dziwiłem się jak słabo znam to miasto. Nie będę pisał jakie błędy dokładnie popełnił autor, ale wspomnę tylko, że rynek był umiejscowiony zaraz obok dworca PKP. Wystarczyło zerknąć na plan miasta żeby nie popełnić tej wpadki, ale widocznie lenistwo wygrało w tym przypadku.

Na swoim spotkaniu autorskim na DF Łukasz Śmigiel wpsomniał, że przygotowywał się do napisania opowiadania kilka miesięcy czy tygodni. Dowiedział się przy tym paru bardzo ciekawych rzeczy. Sam jestem teraz w trakcie poszukiwań na temat stadiów rozkładu ludzkiego ciała i jestem mocno zszokowany jak duży wpływ ma na to rodzaj gleby w jakiej zostały pochowane zwłoki. A jak dowiedziałem się o sposobach jakie stosuje się podczas przygotowywania zwłok do pogrzebu to opadła mi szczęka.

Warto dowiedzieć się czegoś na tematy, które zamierzamy poruszyć w swoich tekstach. Nie tylko dlatego żeby się nikt do nas nie przyczepił, ale i dltageo, że możemy znaleźć natchnienie do napisania innych opowiadań czy powieści.

Osobiście nie wyobrażam sobie podejścia do pisania odrzucającego research. Chorym jest dla mnie pisanie na tematy, o których nic nie wiemy. Dlatego smuci mnie coraz bardziej ilość tekstów napisanych bez żadnej wiedzy.

Redakcja czyli redukcja

Na samym początku muszę zastrzec, że nie mam na celu pisania żadnego poradnika. Nic z tych rzeczy. Biorąc pod uwagę fakt, że czytając większość poradników w Internecie się po prostu śmieję z nich, byłoby to straszną hipokryzją z mojej strony. Zwłaszcza, że dzisiaj trafiłem na kolejny, który sprawił, że parsknąłem śmiechem na cały głos w środku Poznania, co raczej nie wyglądało zbyt dobrze.

Postanowiłem zrobić coś innego, a mianowicie opisać kilka znanych mi błędów popełnianych przez początkujących pisarzy. To jak użyjecie tej wiedzy jest tylko waszą sprawą.

Na pierwszy ogień pójdzie coś co mnie czasami doprowadzało do szewskiej pasji i zmuszało do działań których się brzydzę – przeskakiwania fragmentu tekstu. Mam na myśli przeładowanie opowiadania/powieści/tekstu informacjami w gruncie rzeczy zbędnymi. Często tak się dzieje, że pisząc coś nie zdajemy sobie sprawy z faktu, iż opisujemy – jak to ładnie określił pewien prezes, pewnej partii politycznej -„oczywistą oczywistość”. Lub po prostu się powtarzamy.

Przypomniała mi się reguła Norwida z utworu „Ad leones!” – „redakcja jest redukcją”. Zwłaszcza teraz, w XXI wieku te słowa nabierają znaczenia. Szybki styl życia, ciągła pogoń za czymś sprawia, że nie mamy na wszystko czasu. I tak, jak wynika z badań amerykańskich naukowców, przeciętny internauta poświęca na przeczytanie 100 słów około 4,5 sekundy. Czyli po prostu przelatuje przez tekst wzrokiem, skanuje go można, by rzec. Czy osoba czytająca książkę tak samo działa? Nie sądzę, tam są inne reguły – okładka posiada notę zachęcającą do przeczytania, streszczenie lub fragment powieści. To te czynniki decydują o kupnie książki, zaraz po okładce. Internet rządzi się jednak innymi prawami. Jednak redukcja przydaje się w obu przypadkach.

Zazwyczaj teksty osób, które rozpoczynają swoją historię z pisaniem wyglądają mniej więcej tak:

„Sięgnął po pudełko, w którym ukryty był rubin Azgharatu. Zrobił je mistrz zdobniczy z Deskomonius – jeden z ostatnich przedstawicieli rasy Magharów, ludzi ognia. Ludzie ci walczyli z Nagharem, monstrum zrodzonym z lodu i nienawiści bogów Khe do Magharów. Naghar wybił ich wszystkich używając swojej tajemnej techniki Kho do wyłapywania ich i zabijania. Mistrz, który zrobił ten kawałek metalu zmarł podczas wykańczania wieka.  Metaliczne pudełko łypało na niego raz po raz srebrnym okiem, które należało kiedyś do Naghara. Utracił je w walce z synem mistrza zdobniczego z Deskomonius – Malakhiem. To on namówił ojca do zrobienia tego pudełka o szerokości 17 centymetrów, wysokości 10 i długości 25 centymetrów. Wyciągnął z niego rubin i podarował go swojej ukochanej. Wyszli z pokoju w poszukiwaniu Gharuta. „

To tak na szybko napisane. Pełno w tym zbędnych informacji. Po redukcji powinno to wyglądać mniej więcej tak:

„Sięgnął po pudełko, w którym ukryty był rubin Azgharatu. Zrobił je mistrz zdobniczy z Deskomonius – jeden z ostatnich przedstawicieli rasy Magharów, ludzi ognia. Ludzie ci walczyli z Nagharem, monstrum zrodzonym z lodu i nienawiści bogów Khe do Magharów. Naghar wybił ich wszystkich używając swojej tajemnej techniki Kho do wyłapywania ich i zabijania. Mistrz, który zrobił ten kawałek metalu zmarł podczas wykańczania wieka.  Metaliczne pudełko łypało na niego raz po raz srebrnym okiem, które należało kiedyś do Naghara. Utracił je w walce z synem mistrza zdobniczego z Deskomonius – Malakhiem. To on namówił ojca do zrobienia tego pudełka o szerokości 17 centymetrów, wysokości 10 i długości 25 centymetrów. Wyciągnął go z niego rubin i podarował go swojej ukochanej. Wyszli z pokoju w poszukiwaniu Gharuta. „

Nie jest to najlepszy przykład, ale wydaje mi się, że dobrze obrazujący moją myśl. Nie warto tracić czasu na wymyślanie historii przedmiotów, które odgrywają poboczną rolę w powieści, w dodatku opisywać je z dokładnością do kilku milimetrów. Czytelnik w końcu uśnie, a jeśli nie to przynajmniej zapomni o czym dokładnie czyta gdyż zostanie zbity z tropu wątkami pobocznymi. Tak jak tutaj historią o mistrzu zdobniczym i jego rasie. Ważny był rubin przekazany komuś tam. Nie pudełko.

Innym przykładem może być stosowanie nadmiernej gorliwości w opisywaniu sytuacji, osób czy przedmiotów.

„Benek był facetem o krępej budowie ciała, bujnych wąsach zakrywających mu usta. Blond włosach posklejanych ze sobą zupełnie jakby nie mył ich od miesięcy. Ubrany był w zielony T-shirt z napisem „Jestem obibokiem” i w starte jeansy z plamami po oleju i trawie. Stał obok Zenona, który właśnie ruszył w kierunku Macieja. Machnął jeszcze na pożegnanie do Benka i zniknął w samochodzie. Ruszyliśmy jego śladem. Trzeba było sprawdzić czym teraz handluje Maciej.”

Tutaj zbędnie opisałem Benka, nie wiem czemu. Po prostu czułem, że powinienem. Kilka linijek wcześniej opisałbym Zenona i Macieja jeśli poszedłbym tym tropem. A tak wygląda ten fragment po redukcji.

Benek był facetem o krępej budowie ciała, bujnych wąsach zakrywających mu usta. Blond włosach posklejanych ze sobą zupełnie jakby nie mył ich od miesięcy. Ubrany był w zielony T-shirt z napisem „Jestem obibokiem” i w starte jeansy z plamami po oleju i trawie. Stał obok Zenona, który właśnie ruszył w kierunku Macieja. Machnął jeszcze na pożegnanie do Benka i zniknął w samochodzie. Ruszyliśmy jego śladem. Trzeba było sprawdzić czym teraz handluje Maciej.”

Na tym chyba zakończę na dzisiaj. Może coś jeszcze dopiszę do redukcji przy okazji kolejnego błędu.

Kolejne rozdanie!

W swej nieskończonej dobroci wielkie Q pozwoliło mi dzisiaj zrobić rzecz niesłychaną.

Dało mi natchnienie do wydrukowania projektu zakładek do książek wykonanych przez Kornela „Marva” Kwiecińskiego. Lecz takie dobro nie może pozostać u mnie, musi znaleźć właściwego właściciela. Stąd nie zwlekam i daję wam możliwość otrzymania po jednej z nich.

Na zdjęciu widać 9 zakładek, ale jedną może zostawię sobie. Tak więc do rozlosowania pozostaje 8 zakładek.

Do rozlosowania? Tak  gdyż system jest podobny jak w przypadku książek wcześniej – wystarczy zostać subskrybentem mojego blogu.

Jednak to nie wszystko.

Daję wam również możliwość wygrania książki „1977”, której autorem jest David Peace.

Wystarczy na adres – rednacz@qfant.pl nadesłać własną propozycję zakładki książkowej z motywem Qfantu. Osoba, której projekt spodoba mi się najbardziej otrzyma tę świetną powieść.

Rozmiar zakładki preferowany to 40 mm x 140mm.

Wyniki ogłoszę za dwa tygodnie, czyli dokładnie 24 lipca. 

Projekty zakładek przyjmuję do 23 lipca, do północy. 

Miłej zabawy!

To już czas co nie?

Pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Piotr Dresler, od blisko czterech miesięcy jestem redaktorem naczelnym czasopisma Qfant. Jedni mówią, że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu. Inni twierdzą, że pasuję do tego stanowiska jak dżokej do świni. Dlaczego o tym piszę? Żeby was ostrzec.

Nadszedł czas żeby przerzucić to na dobry tor i ogłosić zbliżającą się erę wielkiego Q. Ci, którzy przyjda po nas jej początku będą się doszukiwać w dniu otwarcia trzeciej edycji Horyzontów Wyobraźni i wyjścia dziesiątego, jubileuszowego numeru Qfantu. Data przebudzenia bestii będzie wspominana przez wielu. To proces, którego nie można powstrzymać.

Już niebawem Qfant zdobędzie świat. To my będziemy decydować kto dostanie literacką nagrode Nobla, kto wygra w międzyszkolnej olimpiadzie pisarskiej oraz kim będzie najlepszy pisarz wszechczasów. Niektórzy już widzą zbliżające się zmiany. Codziennie pojawia się nowy debiutant, ale my wiemy o tym dużo wcześniej gdyz to wszystko nasi ludzie. Ludzie literatury. Zawiązaliśmy pakt z SATANOS LUCIFERI, tak więc diabeł jest po naszej stronie. A gdyby to było za mało mamy w szufladzie dokument stwierdzający, że działamy na polecenie Świętej Inkwizycji.

Strzeżcie się, gdyż nasi zwolenicy powracają jak zombie, a zaraza Qfantu szerzy się niczym szarańcza. Na tę chorobę nie ma szczepionki. Po czym nas poznać? Jedni mają długie włosy, których nie ścinają niczym Samson gdyż w nich skrywa się ich siła. Inni w przebraniu postaci z powieści i filmów fantastycznych przechadzają się korytarzami konwentów w całej Polsce. Nie odróżnicie nas od zwykłych ludzi. Już jest za późno. Niebawem będziecie widzieć literaturę naszymi oczami.

Wystartowały Horyzonty Wyobraźni 2011

Z wielką przyjemnością chciałbym ogłosić wieść o starcie Horyzontów Wyobraźni 2011.

Jestem tym bardziej szczęśliwy, że po raz pierwszy maczam w tym przedsięwzięciu palce. Mimo kilku chwil grozy udało się nam. Całej redakcji.

Pula nagród wciąż nie jest zamknięta, a padł pomysł dołożenia do nich czegoś naprawdę specjalnego. Nie zdradzę póki co czego gdyż nie chcę zapeszać, ale będzie o co walczyć.

Tak więc bez ociągania, do piór!

Nie zawiedźcie nas i niech liczba zgłoszeń tegorocznej edycji przewyższy dwie poprzednie razem wzięte.

Do piór!