Archive for the ‘ Wywiady ’ Category

Wywiad z Katarzyną Rogińską – krótka zajawka

Już niebawem nowy numer Qfantu a w nim między innymi krótka rozmowa, którą przeprowadziłem z Katarzyną Rogińską.

Oto malutka jej namiastka:

PD: Planuje już Pani kolejną powieść?

KR: Ja ją nawet usiłuję pisać!

PD: Czy może się Pani podzielić z nami jakąś jej częścią? Krótkim opisem pomysłu lub jakimś zdaniem?

KR: A proszę bardzo:
A teraz mi poczytaj do snu. Tak, tak, właśnie to…
„Swoje ofiary wybierał przypadkowo, obojętna mu była ich płeć, wiek i kolor skóry. Wystarczyło, że okoliczności sprzyjały pozyskaniu „materiału”. Zachodził od tyłu, ogłuszał gumowym młotkiem, szybko chował ciało w bagażniku swojej furgonetki, tam też dusił. Miał bardzo silne dłonie, orzech włoski zgniatał pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Następnie zawoził ciało do swego domu na odludziu i w piwnicznej pracowni poddawał je obróbce. Na początek ściągał skalp i wyprawiał go jak skórę zwierzęcia futerkowego. Ze skalpów szył swoiste patchworki, jeden z nich służył mu jako kapa na łóżko, inny zdobił podłogę w saloniku. Następnie skórował całe ciało, wycinał fragmenty z tatuażami, służyły potem jako oprawy do książek, kalendarzy i notatników, a nawet jako podstawki pod kubki. Gdy chciał stworzyć komplet, robił podobny tatuaż na pozostałej skórze. Czystymi fragmentami obijał meble, wykonywał także kuferki, portfeliki i torebki. Wiele swoich wyrobów sprzedał przez internet, a nabywcy nie mieli pojęcia, z jakiego materiału jest wykonany oryginalny przedmiot…”
Stara kobieta udała, że śpi. Zamknęła oczy, wyrównała oddech. Dziewczyna o twarzy lwa odłożyła na szafkę biografie słynnych seryjnych morderców i cicho wyszła. 

Pasja pisania, pasja rozmawiania – wywiad ze Stevenem Savile’em

Mój wywiad ze Stevenem Savile”em.

 

Steven Savile, jak sam się określa, jest „fenomenem science-fiction i dark fantasy w jednym”. Jest autorem świetnie przyjętej powieści „Laughing boy’s shadow”, wielokrotnie nagradzanej noweli „Houdini’s last illusion”, oraz kilku zbiorów opowiadań, takich jak „Angel road”, oraz najnowszej „The odalisque and other strange stories”. Jako wieloletni miłośnik gatunku, pisał również dla takich serii jak „Doctor Who”, „Torchwood”, „Primeval”, „Stargate”, „Guild Wars”, „Star Wars” i „Jurrasic Park”. W 2009 zdobył International MediaTie-In Writer’s Scribe Award za powieść osadzoną w realiach kultowej w Wielkiej Brytanii serii „Primeval: Shadow of the jaguar”. Jego debiutancki thriller, „Srebro” („Silver”), został przełożony na czternaście języków. (zdjęcie jak i notka o autorze pochodzą ze strony wydawnictwa Replika)

 

Piotr Dresler: Jakie wydarzenia i inne historie (książki, filmy) stanowiły dla Ciebie inspirację do napisania „Londyńskiej Makabry”?

Steven Savile: Właściwie to inspiracja przyszła podczas rozmowy telefonicznej. Rozmawiałam z Larrym Robertsem, który prowadzi Bloodletting press w USA – jest wydawcą limitowanych edycji horrorów – i zażartowałem, że powinien kupić coś mojego dla BLP, ale nie jestem dość „paskudny”, a Larry odpowiedział – wiesz, zawsze kochałem Cthulhu i czasy wiktoriańskie. Tak się zdarzyło, że myślałem o napisaniu nowoczesnej powieści „pustej ziemi” z watykańskimi mordercami, demonicznymi dżentelmenami itd. Więc z szybkością błyskawicy rzuciłem mu pomysł powieści pustej ziemi z demonami i wiktoriańskimi dżentelmeńskimi rycerzami. On się zgodził i tak praktycznie powstał pierwszy rozdział „Londyńskiej Makabry” (aż do tej charakterystycznej części z bohaterem dnia/demonem dnia).

To była prawdopodobnie moja najpopularniejsza nowela i dostawałem regularnie listy od wydawców, w których prosili żebym napisał dla nich następny tekst z serii „Greyfriars”, więc zgodziłem się napisać dwa. Jeden, „The dead and the dreaming” jest o dżentelmenie, który zstępuje, by zająć się problemem w Australii, powstałym na skutek deportacji skazańców, drugi to „Londyńska Makabra”, która powinna mieć jakieś osiemdziesiąt, sto stron, o podtytule „The fall of heaven” dla innego małego wydawnictwa w stanach – Dark Regions. To stąd zrodziła się idea mapy.

Ale kiedy usiadłem do pisania, zaraz po skończeniu „Silver” (który jest mainstreamowym trillerem, również dostępnym w Polsce, wydany przez Replikę) nie byłem w trybie krótkohistoryjkowym, jeśli to ma sens? Zauważyłem, że pisałem z intensywnością dorównującą krótkim formom robiąc z tego kawał dobrego materiału do czytania.

Jeśli chodzi o styl, zawsze kochałem „Bramę Anubisa” Tima Powersa, „Morlock nights” Jetersa i „Homunkulusa” Jamesa Blaylocka, więc powiedziałbym, że korzenie „Londyńskiej Makabry” są o wiele bardziej literackie niż kinowe w swojej naturze.

Piotr Dresler: Podczas lektury powieści rzuca się w oczy ogromna ilość zawartych w fabule pomysłów. Jest ich tyle, że z powodzeniem można by było obdzielić nimi dwa, trzy inne tytuły. Czy połączenie tylu pomysłów w jedną, spójną historię było dla Ciebie wyzwaniem?

Steven Savile: Jak wspomniałem wcześniej, nie było moim zamiarem by powieść była tak gęsto napakowana pomysłami, kiedy ją zaczynałem, ale szybko przyłapałem się na myśleniu o tym, że chcę to rozciągnąć, zapełnić pokaźne płótno, chcę magii, która będzie poparta nauką, chcę demonów, egiptologii i eskapologii (przyp. tłumacza: to magiczne uwalnianie się z kajdan i pułapek) i o wiele więcej. I bardzo szybko odkryłem, że ten świat sam obudził się do życia. Oczywiście napisałem wcześniej kilka serii książek  w stylu Warhammera (dlatego też „Londyńska Makabra” zadebiutowała w Polsce, ale dojdziemy do tego) i podoba mi się idea pisania czegoś niebagatelnego. „Londyńska Makabra” jest najdłuższą powieścią jaką kiedykolwiek napisałem i każdy jej aspekt jest istotny dla rozwiązania całości, tworząc prawdziwą mozaikę z tysiącem małych kawałków, które składają się na jeden duży obraz. Normalnie zastosowałbym jednowątkową fabułę albo nawet dwa przeciwstawne wątki dla pojedynczej książki, ale w tym przypadku chciałem żeby każdy z drużyny miał swoją historię, wziąwszy pod uwagę, że Fabian Stark był najpopularniejszą postacią w „Pustej ziemi” chciałem żeby grał kluczową rolę w tej historii. Byłem świadom, że wyciągnięcie go znikąd byłoby bardzo sztuczne, więc zaproponowałem mu przywrócenie do łask. Pozwalając pożegnać się ze wszystkimi przyjaciółmi i odgrywać kluczową rolę w momentach kiedy go potrzebowali, bez konieczności jego przetrwania… Tak powstała duża część fabuły.

Właściwie mam pomysły na kolejne dwie powieści w tej serii, ale prawdopodobnie nie ruszę ich przez następnych kilka lat.

Piotr Dresler: Nawiązując do poprzedniego pytania, jakie napotykałeś trudności podczas tworzenia „Londyńskiej Makabry”?

Steven Savile: Z tak dużą ilością indywidualnych wątków do żonglowania był taki moment około 20 grudnia 2009 r., kiedy spodziewałem się skończyć książkę przed 1 stycznia 2010 r., ale uświadomiłem sobie z wielkim przerażeniem, iż zostawiłem Locka siedzącego przy stole na Konklawe i zapomniałem o nim na następne dwieście stron i dużą ilość ciasno splątanych wątków. Byłem śmiertelnie zażenowany. Na początek to oznaczało, że nie dokończę powieści do stycznia jak zakładałem, ale znacznie gorsze było to, że Locke nie miał NIC do roboty, ponieważ rozwiązałem wszystkie wątki bez jego udziału. Zrobiłem sobie tydzień wolnego i myślałem… I stworzyłem całkiem nowy wątek dla niego, który sprawił, że książka wyszła moim zdaniem jeszcze lepiej. Choć oczywiście wzrósł też poziom skomplikowania całości.

Piotr Dresler: Czy planujesz stworzyć kontynuację perypetii Dżentelmeńskich Rycerzy Londynu?

Steven Savile: Tak. Mam dwa zupełnie różne pomysły i mam nadzieję przenieść je na papier: „Matka Londynu” i „Londyn płonie”. Spodziewam się zacząć pracę nad „Matką Londynu” za jakieś osiemnaście miesięcy. Mam kilka innych rzeczy do napisania wcześniej.

Piotr Dresler: Jak doszło do wydania Twojej powieści w Polsce?

Steven Savile: Nie tylko była opublikowana w Polsce, ale Polska była pierwszym krajem na świecie, w którym powieść wyszła. To był dość specyficzny moment. Sprzedałem już „Silver” Replice, kiedy mój edytor wspomniał, że widział jedną z moich powieści na półce w miejscowej księgarni. Kupił kopię („Klątwa Necrarcha”) i wysłał mi ją. Nic o tym nie wiedziałem, więc byłem zachwycony i zaskoczony, ale skoro to był Warhammer to nie posiadałem praw do tej historii i pojawiło się kilka zagranicznych edycji, których nadal nigdy nie miałem okazji zobaczyć. Na tylnej okładce „Necrarcha” wspomniano, że Copernicus również opublikował kilka moich opowiadań, więc napisałem emaila do Andy’ego, właściciela, i zapytałem czy mógłbym dostać jakieś kopie na swoją półkę. Porozmawialiśmy i zapytał czy mam coś co mogłoby przypaść do gustu fanom Warhammera w Polsce. A ja dosłownie dopiero co napisałem koniec „Londyńskiej Makabry”. Powiedziałem, że co prawda to nic w stylu Warhammera, ale też fantasy i zaproponowałem żeby sam zerknął na powieść. Tak spodobała mu się książka, że kupił ją dla Copernicusa w ciągu tygodnia.

Piotr Dresler: Możemy liczyć na więcej Twoich dzieł przetłumaczonych na język polski?

Steven Savile: Mam nadzieję, że będzie (Andy – przyp. tłumacza) robił moją następną powieść, apokaliptyczny thriller science fiction „Immortal” w przyszłym roku i moją arturiańską powieść fantasy „Czarny kielich”.

Replika ma możliwość wydania „Gold” w Polsce (sequel do „Srebra”) i przyglądają się „Outcasts”, która była moją pierwszą powieścią grozy, napisaną kiedy jeszcze byłem młodym gniewnym. Więc mam nadzieję, że odpowiedź brzmi tak.

Piotr Dresler: Masz już na koncie kilka świetnych powieści, które czytelnicy przyjęli bardzo przychylnie. Czy gdybyś mógł, zmieniłbyś w nich coś?

Steven Savile: O, na pewno. Właściwie „Immortal” jest tego idealnym przykładem. Sześć czy siedem lat temu napisałem czteroczęściową serię powieści dla Apex Digest w USA. Bardzo lubiłem niektóre jej części a innych nienawidziłem. Niedawno, kiedy napisałem już kilkaset stron „Gold” i potrzebowałem odpoczynku, by oczyścić umysł i odpocząć od tej historii, zdecydowałem, że naprawię to, co mnie zawsze irytowało w tych opowieściach(z „Immortal”, przyp. tłumacza). Było tego jakieś trzydzieści tysięcy słów czy sto stron. Rozebrałem je do zera, wybrałem to co lubiłem, wyrzuciłem to czego nie i napisałem to od początku do końca zamieniając w osiemdziesiąt pięć tysięcy słów powieści sf, z której jestem bardzo zadowolony. Teraz historia pasuje do postaci, nie czuję w niej już ciągłego pośpieszania i nieadekwatności.

Ogólnie uważam, że pisarze muszą nauczyć się odpuszczać, inaczej zawsze istnieje pokusa żeby naprawiać, i naprawiać, i naprawiać stare prace. Rzecz w tym, że każdego dnia powinieneś się stawać lepszym pisarzem niż dzień wcześniej, czy miesiąc wcześniej, czy rok wcześniej, więc zawsze możesz spojrzeć wstecz i pomyśleć „ałć mogłem to zrobić lepiej”. Trzeba uwierzyć w stan idealny na daną chwilę i po prostu sobie odpuścić.

Piotr Dresler: Jak wcześniej już stwierdziłem Twoje powieści są bardzo cenione przez czytelników. Na pewno jednak zdarzają się jakieś krytyczne opinie. Jak sobie z nimi radzisz?

Steven Savile: To bardzo dziwna sytuacja, ale szczerze myślę, że to ważne by być i kochanym i znienawidzonym, silne reakcje na książkę są dobre, to znaczy, że zrobiłeś coś właściwie. Najgorszym scenariuszem jest kiedy ludzie po prostu wzruszają ramionami i im nie zależy.

Jeśli spojrzeć na „Londyńską Makabrę” w Polsce to spotkałem się ze strasznymi opiniami typu „wydrapię ci oczy”, ale było i trochę pochlebnych, nic pośrodku. Myślę, że jeśli dobrze wykonujesz swoją pracę, powinieneś otrzymywać jakieś trzydzieści trzy procent dobrych opinii, trzydzieści trzy średnich i trzydzieści trzy złych i to znaczy, że twoja książka jest czytana przez dość szerokie spektrum odbiorców. Jeśli dostajesz tylko dobre opinie to znaczy, że powieść nie dociera do ludzi, którym się nie podoba i że nie znajduje ci nowych czytelników a ląduje tylko u osób, które cię lubią.

Jest też dziwny związek między internetem i opiniami. W Wielkiej Brytanii „Silver” osiągał trzecie miejsce na Amazonie przez kilka miesięcy i miał pięćdziesiąt recenzji, pięćdziesiąt procent to były oceny  cztero- i pięciogwiazdkowe, trzydzieści procent oceny jednogwiazdkowe i dwadzieścia procent ocen dwu- i trzygwiazdkowych. Ale tych pięćdziesiąt opinii nie stanowiło nawet dziesiętnej części procenta sprzedaży. Ludzie, którzy czerpią przyjemność z książek, generalnie po prostu przechodzą do następnej książki, nie wyrażając swojego sądu. Częstszym jest, że ludzie, którzy czują się oszukani czy źli dają upust tym emocjom. Im jesteś bardziej popularny, tym więcej doświadczasz niechęci i negatywnych emocji. Masz tylko nadzieję, że pozytywne doświadczenia przeważą nad negatywnymi.

Piotr Dresler: Wielu znanych mi pisarzy odkryło w sobie miłość do słowa pisanego zupełnie przez przypadek. Jak było z Tobą?

Steven Savile: Właściwie to było jeszcze w szkole, kiedy byłem dość młody. Nawet w wieku dziesięciu lat pisałem porządne opowiadania. Mając siedemnaście pracowałem już nad swoją pierwszą powieścią „The wizard dawn.” („Ziew czarodzieja”), która była kiepskim komiksem fantastycznym z żartami w stylu „ przewróciła oczami a on pomógł im wstać”. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, opuszczałem wykłady na uniwerku by pisać na mojej starej maszynie Imperiala. Kiedy miałem dwadzieścia jeden lat skończyłem „The last Angel” i znalazłem pierwszego agenta. Właśnie świętuję dwudziestą rocznicę napisania tej powieści, co jest dla mnie surrealistyczne. Za rok minie pół mojego życia odkąd ją napisałem.

Piotr Dresler: Czy wśród pisarzy, których lubisz czytać są tacy, na których się wzorujesz?

Steven Savile: Jak każdy, zacząłem pisać jako fan. Najpierw „Weaveworld” Clive’a Bakera a potem „Cmętarz zwieżąt” Stephena Kinga które otworzyły dla mnie świat nowych możliwości. Potem były powieści Michaela Moorcocka „Elric” (czytałem jedną książkę na noc przed moimi egzaminami na uniwerku zamiast uczyć się do nich) i książki Stephena Donaldsona „Thomas covenant”, które mama kupiła mi na osiemnaste urodziny. Skończyłem je czytać w wigilię i płakałem jak idiota na ostatnich stronach. Kilka lat później odkryłem Johnathana Carrolla, który wywrócił mój świat do góry nogami i prawdopodobnie miał większy wpływ na sposób w jaki pojmuję rzeczywistość niż jakikolwiek inny pisarz. Teraz nie czytam tak dużo jak kiedyś, ale kocham Douglasa Couplanda, Paula Austera, Lee Childa, Josepha Wambaugha, i podobnych, głównie spoza gatunku. Zauważyłem, że po całym dniu siedzenia przy kompie, ostatnią rzeczą jaką chcę czytać są historie podobne do tych, nad którymi pracuję.

Piotr Dresler: Pisząc, wyznaczasz sobie jakieś limity dzienne stron?

Steven Savile: Staram się pisać tysiąc pięćset słów na dzień, więc jeśli przyjąć trzysta trzydzieści słów na stronę skończonej powieści to będzie to jakieś sześć, siedem stron dziennie.

Piotr Dresler: Jakie jest Twoje podejście do pisarstwa?

Steven Savile: To moja codzienna praca. To oznacza, że piszę codziennie, każdego dnia w roku. Nie biorę wolnych weekendów. Czasem może i nie piszę dłużej niż  godzina czy dwie, ale każdego dnia staram się coś zrobić. Kiedyś byłem stosunkowo „artystyczny” i twierdziłem, że potrzebuję muzy by mnie natchnęła i innych takich, żeby usprawiedliwić to, że nie piszę. To się zmieniło jakieś siedem lat temu, kiedy wziąłem się w garść i zdecydowałem, że chcę być pisarzem na pełen etat, co oznaczało dużo pisania. Jeśli nie piszę, nie jem.

Piotr Dresler: Planujesz może odwiedzić swoich czytelników w Polsce?

Steven Savile: Tak, mam nadzieję, że do czasu gdy „Gold” i „Immortal” wyjdą, będę miał dość czytelników by zrobić sobie wycieczkę i odwiedzić kilka miast. To jedno z tych państw, które zawsze chciałem odwiedzić.

Piotr Dresler: Porównywano Cię do Dana Browna. Nie boisz się takich porównań?

Steven Savile: O boże, tak. Widzisz, dla mnie „Silver” w niczym nie przypomina Browna. Wszystko co mają wspólnego to centralny aspekt religijnej konspiracji, ale w „Silverze” nawet moi bohaterowie badający ową konspirację w nią nie wierzą, używają jej do manipulowania innymi. „Silver” jest bardziej jak „Dzień Szakala” niż „Kod Leonarda da Vinci” a „Gold” jest nawet bardziej przesunięty w stronę politycznego/ekonomicznego thrillera… więc ludzie, którzy podchodzą do tej serii oczekując Dana Browna będą zawiedzeni. Najczęstszą złą opinią jest prawie zawsze „to nie Dan Brown…”

Piotr Dresler: Gdzieś przeczytałem, że powiedziałeś o sobie, że jesteś „fenomenem science-fiction i dark fantasy w jednym”. Skąd ta pewność siebie?

Steven Savile: Ha ha, to nie byłem JA, to powiedział jeden ze speców od reklamy w Games Workshop, kiedy mnie po raz pierwszy zatrudnili. Gdybym pisał własne slogany to wyglądałyby tak „Steven Savile budzi się każdego ranka obawiając się możliwości, że ludzie odkryli, iż wcale nie jest taki dobry, dziękuje jakiemu diabłu co się nim opiekuje za to, że jednak nie odkryli i może opowiadać swoje historie jeszcze choćby przez jeden dzień…” więc jestem o wiele mniej pewny siebie niż to by wynikało z tego cytatu. Pewnie jak większość z nas.

Piotr Dresler: Dlaczego akurat science fiction i dark fantasy?

Steven Savile: Myślę, że to się sprowadza do tego, co kochałem dorastając. Prawie wszystko co czytałem do dwudziestego czwartego czy dwudziestego piątego roku życia to fantasy czy science fiction. Gdybym teraz zaczynał pisać, pewnie mocniej przyciągałyby mnie bardziej „ludzkie” historie miejskiego i podmiejskiego życia, zawody miłosne, miłość i ta jedyna magia byłaby w związkach międzyludzkich jakie się przewijają. Pracuję teraz nad scenariuszem „The Only one”, jako projektem bardziej w celach rozrywkowych, który jest oparty na muzyce Jamesa Granta (Love and Money) i bardzo podoba mi się to doświadczenie. Jest coś wyzwalającego w tworzeniu samych dialogów, które kierują opowieścią.

Piotr Dresler: Czy zdarzyła Ci się jakaś historia związana z pisarstwem, która przyprawia Cię o uśmiech na twarzy lub odwrotnie?

Steven Savile: Kiedy pisałem pierwszą powieść „Primeval”, dostałem list od młodej dziewczyny, która narysowała mi kilka świetnych obrazków dinozaurów. To na pewno wywołało u mnie uśmiech. Zostałem też zabity przez kilku przyjaciół w ich powieściach, włączając bycie złym charakterem w książce Richarda Laymona „In the dark”. Kocham kiedy czytelnicy to zauważają i potem mailują „czy jesteś TYM Stevenem Savile’em z „In the dark?”.

 

Piotr Dresler: Qfant czytuje bardzo wielu początkujących pisarzy. Masz może dla nich jakieś rady?

 

Steven Savile: Pewnie najlepszą radą, jaką kiedykolwiek dostałem to, że to nie jest wyścig. Nie śpiesz się do sławy. Jeśli napiszesz tylko trzy świetne opowiadania w ciągu roku, napisałeś trzy świetne opowiadania w ciągu roku. Rób tak co rok przez trzydzieści lat i napiszesz dziewięćdziesiąt świetnych opowiadań w ciągu życia i ludzie cię zapamiętają. Napisz dziewięćdziesiąt przyzwoitych opowiadań w pięć lat i ludzie o tobie zapomną. Pisz jedną świetną powieść co trzy lata przez trzydzieści lat i masz dziesięć świetnych powieści, dziewięćdziesiąt świetnych opowiadań i jesteś pisarzem godnym tytułu jednego z najlepszych. Napisz dziesięć przyzwoitych powieści w pięć lat i prawdopodobnie zostaniesz zapomniany. Myślcie o pisaniu jak o długim spacerze przez pustynię – musisz iść wolno, zabrać dużo wody i odpoczywać.

Piszcie o czymś co was pasjonuje – z niektórych moich prac zrobiłem powieści polityczne np. „Black water”, która jest o oleju (dla Torchwood) i „Immortal”, w której poruszam prawdopodobnie najgorętszy temat, jednak ponieważ te kwestie bardzo mnie pasjonują, mam nadzieję że to mocniejsza lektura.

Rób wywiady i badania. Pisać o tym co się wie, tak naprawdę oznacza wyjść i DOWIEDZIEĆ SIĘ czego się nie wie.

Opowieści są o ludziach, pisz opowieści o ludziach, którzy są warci tego by o nich pisać.

Pisz. Nawet jeśli masz zły dzień i uważasz, że piszesz śmieci. Pisz. Ponieważ tysiąc pięćset złych słów można poprawić. Nie możesz za to poprawić tego, czego nie napiszesz. Świetny pomysł w twojej głowie jest bezwartościowy. Świetny pomysł źle wyrażony na papierze może być poprawiony. Więc pozwól sobie pisać śmieci. Wszyscy to czasem robimy. Czytelnicy nie widzą różnicy między słowami napisanymi pod wpływem pasji, kiedy słowa po prostu płyną a między słowami, które się poleruje tygodniami z bólem jak przy wyrywaniu zębów.

 

Tłumaczyła Dagmara Andrzejczak

Wywiad z Adamem Zalewskim

Kolejny mój wywiad z pisarzem grozy. Tym razem z Adamem Zalewskim.

 

Piotr Dresler: Możliwe, że pytanie, które zadam na początku, jest sztampowe, ale bardzo ciekawi mnie, jak w Pańskim przypadku będzie wyglądała odpowiedź. Dlaczego właśnie pisarstwo i to w dodatku powieści grozy?

Adam Zalewski: Zadał Pan dwuczłonowe pytanie. Odpowiem, odwracając kolejność. Czemu powieści grozy? Bo, mówiąc kolokwialnie, to mnie rajcuje.

Czemu właśnie pisarstwo? A czemu nie?

PD: Zwięźle i konkretnie. Widzę, że nadal Pan przestrzega zasady Wiesława Myśliwskiego, że pisarz powinien siedzieć w domowym zaciszu i pisać, nie zaś promować swój wizerunek. Jest Pan jednym z kilku znanych mi pisarzy, którzy zaczynali odb poezji. Zdarza się jeszcze Panu pisywać wiersze?

AZ: Owszem. Czytanie poezji daje mi wiele radości oraz pozytywnych wrażeń. Tak samo rzecz się ma z jej tworzeniem. Nic dziwnego. Refleksja i wrażenie to domena tego gatunku literackiego. Może kiedyś uzbieram tych moich wierszydeł na mały tomik, choć nie wiem, czy zdążę – mam już parę lat na karku.

PD: Miejmy nadzieję, że się Panu uda. Bardzo jestem ciekaw Pańskiej poezji, zwłaszcza po lekturze „Grizzly”. Czy można ją gdzieś przeczytać?

AZ: Można, ale co Panu z tego przyjdzie? Sądziłem, że będziemy rozmawiać o mojej prozie. Chce Pan ukazać czytelnikom moje drugie oblicze? Następna moja powieść nosi tytuł: „Dwa oblicza”. Może nawiąże do zagadkowego tematu? W odpowiedzi na drugie pytanie wyraźnie powiedziałem, że mam zbyt mało wierszy na wydanie tomu poezji. Jeżeli to nastąpi (dziękuję za szczere życzenia), prześlę Panu egzemplarz autorski. Moja tak zwana poezja ujrzała światło dzienne w latach dziewięćdziesiątych. Była drukowana w lokalnej prasie. Nic więcej. To osobisty epizod, trudny do wkomponowania w życiorys autora thrillerów.

PD: Moja ciekawość wynikała z osobistej fascynacji poezją i faktu, że zauważyłem w „Grizzly” pewną nostalgię i poetyckość opisów. Mimo tego, że dostarcza twardej, męskiej rozrywki, jest w niej coś więcej, trochę idealistycznego spojrzenia na świat. No właśnie, „Grizzly” poniekąd pokazuje, że każde zło w końcu spotka kara. Czy osobiście Pan w to wierzy?

AZ: Bardzo bym chciał, ale życie nauczyło mnie czegoś innego. Spotkałem na swojej drodze wiele niesprawiedliwości i ludzi, którzy bezkarnie łamią prawo. Między innymi właśnie dlatego pozwoliłem swoim bohaterom brać sprawy we własne ręce. To coś w rodzaju odreagowania na irytującą bezsilność i brak skuteczności naszego prawa. Myślę, że ma to więcej wspólnego ze zwykłą logiką niż z idealizmem.

PD: W swoich powieściach świetnie Pan oddaje charakter strachu i zła, zwłaszcza tego, które jest w stanie wyrządzić człowiek. Czy wszystkie przykłady bestialstw powstają w Pańskiej wyobraźni, czy też może robi Pan wcześniej, jak to się teraz modnie mówi, research?

AZ: Wszystko, co wyszło spod mojego pióra, jest tworem mojej wyobraźni. Nie chcąc pisać historii wziętych z księżyca, musiałem jedynie konfrontować realność opisywanych scen z danymi naukowymi. Robiłem i robię to po to, żeby czytelnik nie mógł mi zarzucić braku rzetelności. Tego wymaga zwykła uczciwość wobec odbiorcy.

PD: Czytelnicy kojarzą Pana głównie z brutalnymi, twardymi powieściami. Nie boi się Pan trochę takiego zaszufladkowania?

AZ: W pewnym sensie ma Pan rację. Pragnąc ukazać nieco inną stronę mojej prozy, proponuję czytelnikom dwie moje kolejne powieści. Pierwsza, zatytułowana „Dwa Oblicza”, ukaże się jeszcze w tym roku. Obydwie wspomniane pozycje poruszają bliski mi temat w nieco odmienny sposób. Myślę, że będzie to miła odmiana – zwłaszcza dla Pań.

PD: Bardzo mnie ciekawi, jak przebiega proces twórczy w Pana przypadku. Z tego, co wiem, pisze Pan tylko i wyłącznie w ciszy, gdy nic Panu nie przeszkadza. Zdarzało się, że podczas jazdy np. samochodem nagły impuls nakazywał Panu pisanie, zanim pomysł umknie gdzieś w mroku zapomnienia?

AZ: Nigdy nie zapominam pomysłów. Nigdy mi nie umykają. Mam doskonałą pamięć do szczegółów. Ten fakt wiele mi ułatwia.

PD: Zważywszy na to, że jestem świeżo po lekturze „Grizzly”, trochę trudno mi uciec od pytań bezpośrednio jej dotyczących. Zastanawia mnie wielopoziomowość powieści: walka dobra ze złem, proces przeobrażania się dobra w zło, wolność pracowników rancha nie dla wszystkich osiągalna. Czy to zabieg celowy, czy tak wyszło?

AZ: Wszystko, co robię, jest zawsze zabiegiem celowym. Suma zdarzeń oraz towarzyszących im szczegółów jest twórczym zamiarem przekazania czytelnikowi tego, co uważam za słuszne. Raz bywa to zachęta do przemyśleń, innym razem – przestroga. Nic nie dzieje się przypadkiem.

PD: Czy w swoich planach ma Pan powieść nieco mniej brutalną? Taką, która zaskoczy stałych czytelników?

AZ: Wspomniałem już o tym w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Kolejne dwie pozycje są właśnie takie. Mniej brutalne, co nie znaczy nudne. Z pewnością zaskoczą wielu czytelników.

PD: W Pańskich powieściach dużą rolę odgrywają emocje. Czy może Pan zdradzić, gdzie tkwi sekret tak naturalnego ich opisywania?

AZ: To żaden sekret, choć mogę odnieść się jedynie do własnego warsztatu. Wszystkie wspomniane emocje dzieją się we mnie. Sekret tkwi w tym, jak najwierniej przekazać je czytelnikom.

PD: „Qfant” odwiedza wielu młodych i obiecujących pisarzy. Czy może im Pan coś doradzić?

AZ: Owszem. Rada jest prosta i zarazem trudna. Pracujcie nad warsztatem i za nic nie wyrzekajcie się własnych przekonań, choćby nie wiem kto urządzał sobie igrzyska waszym kosztem. Tylko w ten sposób macie szansę zaistnieć jako oryginalna osobowość.

PD: Skoro wspomniałem już o początkujących pisarzach i pośrednio o Internecie, muszę zadać i to pytanie. Co sądzi Pan o literaturze w Internecie?

AZ: Niebezpieczne pytanie. Nie mam najmniejszego zamiaru urazić kogokolwiek, lecz osobiście wolę wziąć do ręki książkę. To rzecz gustu, więc moja opinia nie jest istotna i nie może służyć za wzór do naśladowania.

PD: Wiele mówi się ostatnio o upadku czytelnictwa w Polsce. Zwłaszcza po wprowadzeniu 5% VAT-u, co określane jest jako ostatni gwóźdź do trumny. Sądzi Pan, że to już koniec czytelnictwa w Polsce?

AZ: Czytelnictwo w Polsce upada i nie jest to sprawa VAT-u. Przyczyn jest wiele. Beznadziejny system edukacyjny, potrafiący skutecznie obrzydzić młodym ludziom chęć czytania oraz zupełnie prozaiczne pokusy. Internet, gry komputerowe, tandetne, lecz łatwo dostępne filmy… Na szczęście wiele osób potrafi pogodzić nowości, które niesie postęp, z potrzebą intelektualnego kontaktu z książką.

PD: Zastanawiał się Pan nad wydaniem audiobooków z Pańskimi powieściami? Dla lektora byłoby niemałym wyzwaniem oddać klimat „Białej wiedźmy” czy „Grizzly”, lecz myślę, że mogłoby z tego wyjść coś naprawdę ciekawego.

AZ: Nie jestem fanem tej formy przekazu, ale przecież nie muszę być. Rozumiem pewną praktyczną stronę zjawiska, ale widzę także minusy. Nie chciałbym kontynuować. Może jestem tzw. człowiekiem starej daty?

PD: Powtórzę się, ale mam nadzieję, że nie będzie mi miał Pan tego za złe. Jest Pan znany z tego, iż hołduje zasadzie Wiesława Myśliwskiego, że pisarz powinien siedzieć w domowym zaciszu i pisać, nie zaś promować swój wizerunek. Nie sądzi Pan, że brak promocji jest w pewnym sensie promowaniem siebie? Zwłaszcza w dzisiejszym nieco pokręconym świecie?

AZ: Coś w tym jest. Może część czytelników sięga po autora, którego nazwisko po prostu gdzieś obiło im się o uszy? Może nie wszyscy ufają reklamie – zwłaszcza tej nachalnej? Nie myślałem o tym. Po prostu robię swoje.

PD: W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że „Biała wiedźma” powstała na kolanie, na turystycznym krzesełku przy akompaniamencie ptaków. Często zdarza się Panu pisać w takich urokliwych miejscach, czy woli Pan pisać w domowym zaciszu? Przyznam szczerze, że zazdroszczę Panu możliwości obcowania z pięknem przyrody.

AZ: I ma Pan rację. Przyroda ma na nas zbawienny, pozytywny wpływ. Przynajmniej na mnie, co nie oznacza oczywiście, że z każdym przelatującym ptaszkiem w mojej głowie rodzi się nowy pomysł. Lubię po prostu aurę natury – jej kojącą dobroć.

PD: Panie Adamie, czy może Pan zdradzić, nad czym teraz pracuje? Jakiś niewielki szczegół dla spragnionych informacji czytelników?

AZ: Kończę właśnie drugą ze wspomnianych książek. Nosi tytuł „Małe Amerykańskie Miasteczko”. Podobnie jak „Dwa Oblicza”, czekające na druk, jest to powieść, którą nazwałbym unikalną w tym segmencie literatury. Wierzę, że wielu odbiorcom przyniesie sporo emocji i równie sporo zadumy.

PD: Czy ma Pan jakiegoś pisarza, który wpłynął na Pana w podobny sposób jak Bolesław Leśmian i jego poezja?

AZ: Jest wiele nazwisk bliskich mojemu sercu. Pomiędzy amerykańskimi klasykami znalazłem ciepły kącik dla Stephena Kinga. Nigdy nie zaprzeczę, że jego proza zmobilizowała mnie do pisania, choć zebrałem przy tym niezasłużone baty. Moją osobistą odwagę, moje wyzwanie, rzucone za Ocean, po wielokroć nazywano plagiatem. Wie Pan jak na to reaguję? Robię swoje. Jest takie stare porzekadło: „Psy szczekają, karawana idzie dalej”.

PD: Budowanie nastroju amerykańskich miasteczek jedynie w oparciu o materiały źródłowe i Internet jest bardzo ciężką pracą. Czy nie myślał Pan kiedyś o stworzeniu powieści osadzonej w okolicy bliższej Pana sercu?

AZ: Myślałem o tym od samego początku. I od początku nic innego nie robię. Mam nadzieję, że rozumie pan tę subtelność.

PD: Zdarzyło się Panu jakieś miłe zaskoczenie związane z pisarstwem? Takie, które wspomina Pan nawet po latach?

AZ: Miłe zaskoczenie? Nie wiem… Za każdym razem, kiedy biorę do ręki kolejny egzemplarz autorski, za każdym razem, kiedy słyszę ciepłe słowa na temat mojej prozy, przeżywam miłe chwile. Rozumiem jednak, że chodzi Panu o wrażenie innego rodzaju. Zaskoczenie przeżyłem tylko kilka razy. Zwykle wtedy, kiedy drogą internetową docierał do mnie któryś z czytelników – ktoś obcy, kto nagle stawał się kimś bliskim. Nigdy nie powiedziałem tym Paniom i Panom, jak wiele pozytywnej energii wnieśli do mojego życia. Korzystając z okazji, czynię to teraz.

PD: Czy otrzymywał Pan propozycję zekranizowania którejś z powieści?

AZ: Sprzedając prawa autorskie wydawnictwu, oddaję takie decyzje w ich ręce. Do tej pory nikt nie pokusił się o coś takiego, chociaż niektóre moje powieści stanowią niemal gotowy scenariusz. Nikt nie pomyślał też o przekładzie. Nie spodziewam się takiej możliwości.

PD: Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów, nie tylko w pisarstwie.

Adam Zalewski urodził się w Kwidzynie w 1951 roku. Dzieciństwo, młodość i wiek dojrzały spędził w rodzinnym mieście. Tutaj uczęszczał do szkoły podstawowej i liceum.
Tu z żoną Ireną żyją w szczęśliwym związku już 37 lat. W rodzinnym mieście imał się różnej pracy. W 2002 roku na skutek choroby musiał zrezygnować z czynnego życia zawodowego. Obecnie wraz z rodziną mieszka w niewielkiej posiadłości, na skraju lasów otaczających Kwidzyn. W swojej pracy twórczej ogromną ilość czasu poświęca na gromadzenie fachowej wiedzy, aby jego proza była maksymalnie osadzona w realiach. Autor m.in. „Białej wiedźmy”, „Rowerzysty” czy „Grizzly”.

 

* Zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów Adama Zalewskiego.

Koniec kolejnej ciekawej rozmowy

Właśnie skończyłem rozmowę z Magdaleną Zimniak. Dzięki takim rozmowom naprawdę się cieszę z zajmowanego stanowiska i możliwości kontaktów z pisarzami. Poniżej krótka zajawka, a całość już niebawem. Prawdopodobnie zaraz po wywiadzie z Adamem Zalewskim, który ukaże się na portalu Qfant i tutaj na początku przyszłego tygodnia.

 

Piotr Dresler. Widać, że wkłada Pani dużo pracy i czasu w pisanie. Może Pani opowiedzieć jak zaczęła pisać? Jak to się stało, czy postanowiła Pani zostać pisarką i do tego dążyła czy może jest w tym trochę przypadku?

Magdalena Zimniak. Odkąd pamiętam, chciałam być pisarką. Bodajże w drugiej klasie szkoły podstawowej moja nauczycielka, skądinąd słusznie, stwierdziła, że mam paskudny charakter pisma i kazała mi ćwiczyć kaligrafię, pisząc cokolwiek. Oczywiście, nawet mi nie przyszło do głowy przepisywać cudzych tekstów. Napisałam najpiękniejszą baśń o królu, królewnie i tysiącach perypetii, które musieli przeżyć. Nauczycielka tylko spojrzała i stwierdziła, że moje pismo wciąż pozostawia wiele do życzenia. To było mojej pierwsze rozczarowanie jako pisarki. Trochę się obraziłam, ale w liceum od czasu do czasu coś tam skrobnęłam. Niestety, komputery nie były wtedy popularne, a ja nie jestem zbyt porządną i dobrze zorganizowaną osobą, więc wszystkie moje arcydzieła zaginęły. Potem robiłam masę innych rzeczy, ale marzenie o pisaniu wciąż tkwiło. Ponownie zaczęłam tworzyć około pięciu lat temu. Zdecydowałam się wysłać jedno z opowiadań do Akantu. Zostało przyjęte. Od tej pory piszę bez dłuższych przerw.

 

Piotr Dresler. Pani historia to dobry przykład dla początkujących pisarzy, że nie należy rezygnować z marzeń i planów. Czy w związku z pisarstwem spotkała Panią jakaś sytuacja, którą Pani ciągle wspomina, i która utwierdza Panią w przekonaniu, że pisarstwo to był dobry wybór?

Magdalena Zimniak. Na szczęście chwil, kiedy uważam, że warto jest pisać, jest więcej niż momentów zwątpienia. Ciężko mi jednak wskazać na jedną sytuację. Każdy kontakt z czytelnikiem, który twierdzi, że czytając coś mojego autorstwa został poruszony czy choćby przyjemnie spędził czas, w jakiś sposób mnie wzmacnia. Niedawno dostałam maila od osoby zmagającej się z chorobą, która gromadzi książki i płyty, bo kontakt z kulturą pomaga jej znieść ciężkie chwile. Prosiła o egzemplarz „Willi” z autografem, bo po przeczytaniu fragmentów, chciała, żeby była jedną z powieści, które staną na jej wymarzonym regale. Zdecydowanie nie piszę tylko dla siebie, więc po prostu cieszę się, gdy komuś podobają się moje teksty.

Magdalena ZIMNIAK

Magdalena Zimniak urodziła się w Warszawie i nadal tu mieszka. Na tutejszym uniwersytecie studiowała anglistykę. Dziś prowadzi własną szkołę angielskiego.
Jej opowiadania ukazywały się w „Akancie” i „Magazynie Fantastycznym”. Jest laureatką konkursu na opowiadanie kryminalne ogłoszonego przez agencję literacką Pal Twins i Związek Literatów Polskich oraz laureatką konkursu wydawnictwa Replika na opowiadanie erotyczne. Debiutowała w 2008 roku powieścią „Szlak” (wydawnictwo La Boheme).

Źródło: Wydawnictwo JanKa

 

„Wie pan jak na to reaguję? Robię swoje.”

Już niebawem na portalu Qfant.pl pojawi się mój wywiad z Adamem Zalewskim. Postanowiłem Wam dzisiaj dać malutki fragment tego, co się w nim znajdzie.

 

Piotr Dresler –  Panie Adamie, czy może Pan zdradzić nad czym teraz pracuje? Jakiś niewielki szczegół dla spragnionych informacji czytelników?

Adam Zalewski – Kończę właśnie drugą ze wspomnianych książek. Nosi tytuł „Małe Amerykańskie Miasteczko”. Podobnie jak „Dwa Oblicza”, czekające na druk, jest to powieść, którą nazwałbym unikalną w tym segmencie literatury. Wierzę, że wielu odbiorcom przyniesie sporo emocji i równie sporo zadumy.

Piotr Dresler –  Czy ma Pan jakiegoś pisarza, który wpłynął na Pana w podobny sposób jak poezja Bolesława Leśmiana?

Adam Zalewski Jest wiele nazwisk, bliskich mojemu sercu. Pomiędzy amerykańskimi klasykami, znalazłem ciepły kącik dla Stephena Kinga. Nigdy nie zaprzeczę, że jego proza zmobilizowała mnie do pisania, choć zebrałem przy tym niezasłużone baty. Moją osobistą odwagę, moje wyzwanie, rzucone za Ocean, po wielokroć nazywano plagiatem. Wie pan jak na to reaguję? Robię swoje. Jest takie stare porzekadło: „Psy szczekają, karawana idzie dalej”.

 

A już jutro ciekawa nowina dla wszystkich piszących.

Wywiady, wywiady…

Skończyłem właśnie wywiad z Adamem Zalewskim. Autor min. „Białej wiedźmy”, „Grizzly” opowiada w nim o swoich planach wydawniczych, zamiłowaniu do poezji oraz czytelnictwie w Polsce. Już niebawem ukaże się na portalu Qfant.pl oraz tutaj.

Jednak nie spoczywam na laurach gdyż jestem w trakcie wywiadu z Magdaleną Zimniak – autorką powieści „Szlak” oraz „Willa”. Jak na razie zapowiada się bardzo ciekawie. Sami niebawem będziecie mieć okazję, by to ocenić.

Również niebawem będę miał przyjemność porozmawiać z Agnieszką Hałas, której debiutancka powieść „Dwie karty” będzie miała swoją prapremierę na Pyrkonie – w ten weekend, może nawet w chwili gdy o tym piszę.

Myślę, że warto przy okazji przypomnieć wywiad, który niedawno miałem przyjemność przeprowadzić ze Stefanem Dardą. Sądzę, że tego Pana nie trzeba nikomu przedstawiać. Jeśli jednak to po prawej znajduje się link do jego strony autorskiej.

Zapraszam do lektury.

Piotr Dresler: Ostatnio jedna z Twoich czytelniczek zdradziła mi, że czytając „Dom na Wyrębach” po spotkaniu bohatera ze zjawą odłożyła książkę na półkę. Była tak wystraszona. Czy spotykasz się z takimi lub podobnymi opiniami o swoich książkach?

Stefan Darda: Tak, zdarza mi się otrzymywać dość często takie informacje i to nie tylko od kobiet (śmiech). Ktoś, kto pisze powieści grozy nie może chyba spotkać się z większym komplementem. Wszak – w przeciwieństwie chociażby do ekipy realizującej filmowy horror – pisarz dysponuje jedynie słowami. Jeśli tylko za ich pomocą udaje mu się wywołać u czytelnika lęk czy chociażby niepokój, to zdaje mi się, że jest to powód do satysfakcji. Tym bardziej, że przeważnie odłożenie książki na półkę jest tylko czasowe, a ciekawość i niepokój o dalsze losy bohaterów zmusza do kontynuowania lektury. Choćby nawet za dnia i w towarzystwie innych osób.

Piotr Dresler: Jeśli ludzie reagują w taki sposób na Twoje książki to zastanawia mnie jak czujesz się Ty, gdy je piszesz.

Stefan Darda: Moje książki zawierają nie tylko grozę. Sporo w nich wątków obyczajowych, sporo mocowania bohaterów z nimi samymi i rozmaitymi przeciwnościami losu; być może dlatego po „Dom na wyrębach” czy „Słoneczną Dolinę” sięgają czytelnicy w różnym wieku. Można byłoby się więc zastanawiać, czy nie powinienem czuć wyrzutów sumienia strasząc. Nie, nie czuję. Sądzę, że właśnie po to są powieści grozy zawierające wątki nadnaturalne, by po ich odłożeniu na półkę poczuć się bezpieczniej, uświadomić sobie, że to tylko wyobraźnia autora wzbudziła w nas dreszcz, a tak naprawdę to, o czym przed chwilą czytaliśmy, nam nie zagraża.

Piotr Dresler: Twoje powieści to nie tylko groza, ale i, jak to określiłeś, mocowanie się bohaterów z nimi samymi i przeciwnościami losu. Dlatego dziwi mnie bardzo częste porównywanie Twojej prozy do Kinga. Przecież reprezentujecie dwa odmienne style pisania. Nie sądzisz, że w jakimś stopniu jest to krzywdzące dla Ciebie, takie szufladkowanie?

Stefan Darda: Ja właśnie uważam, że w tych obyczajowych wątkach tkwi podobieństwo i stąd najczęściej biorą się porównania. Nie sądzę, by chodziło o podobieństwo stylu. Proza Kinga, moim zdaniem, to literatura napisana lekkim, nienadętym językiem, zawierająca nienachalne wątki psychologiczne i elementy grozy, często umiejscowiona w małych społecznościach lokalnych. King nie stara się w swych książkach umieszczać zawoalowanych egzystencjonalnych drogowskazów i trudnych do zrozumienia dla samego autora porad, dotyczących „życia i jego przejawów” – raczej zależy mu na tym, by można było przyjemnie spędzić czas z książką w dłoni, czasem wpadając w nieznaczną zadumę o przemijaniu i ludzkich słabościach. Mnie takie podejście do literatury jest bliskie i pewnie widać to też w moich powieściach. Czy można mówić tu o szufladkowaniu, które jest pojęciem pejoratywnym? Jeśli nawet, to niech tam! Który z pisarzy nie chciałby zostać zaszufladkowany, jako ten, piszący nieco podobnie do mistrza gatunku, w którym się porusza?

Piotr Dresler: Zapomnijmy na chwilę o Kingu, a wróćmy do Twojej twórczości. Na półki księgarń trafiła niedawno Twoja nowa powieść „Czarny Wygon, tom 2 Starzyzna”. Jest to Twoja trzecia powieść. Jak, jako autor, patrzysz z perspektywy czasu na „Dom na Wyrębach” i własny rozwój jako pisarza?

Stefan Darda: „Dom na wyrębach” będzie dla mnie już zawsze powieścią szczególną – chyba w podobny sposób każdy autor traktuje swoją debiutancką książkę. Jednocześnie nie potrafię i nie chcę odnosić tej właśnie powieści do kolejnych; po prostu jestem zdania, że lepiej, jeśli będą to robić czytelnicy. Z ich wypowiedzi wynikają dwie kwestie. Po pierwsze – „Dom na wyrębach” i „Słoneczna Dolina” to dwie różne od siebie powieści. Taka opinia bardzo mnie cieszy, ponieważ drugą książką nie chciałem „odcinać kuponów” po przychylnie przyjętym debiucie. Druga rzecz, która jest wyraźna w wypowiedziach odbiorców to fakt, że osoby, które przeczytały dwie moje pierwsze książki różnią się w ich ocenie – jedni wolą „Dom”, inni „Słoneczną”. To też uważam za pozytyw. Oczywiście, marzę o tym, by oba obozy zgodziły się, że najlepsza jest trzecia, czyli „Starzyzna” (śmiech). Czas pokaże, czy tak się stanie.

Piotr Dresler: Ja niestety muszę jeszcze poczekać na „Starzyznę” gdyż Piotrek Michalik wykorzystał mój urlop i odebrał mi okazję na przedpremierową recenzję (śmiech). Jakiś czas temu uczestniczyłem w panelu dyskusyjnym, na którym jeden z uczestniczących pisarzy pojawił się na rauszu. Na zadawane pytania odpowiadał bełkocząc i popijając piwo spod stołu. Zdarzyło Ci się uczestniczyć w podobnej sytuacji?

Stefan Darda: Mam dziwne wrażenie, że gdybym odpowiedział „nie pamiętam”, mogłoby to zabrzmieć co najmniej dwuznacznie… (śmiech). Jeśli chodzi o uczestnictwo w panelach i spotkaniach innych autorów, to nie mam zbyt dużego doświadczenia. Wszystkie, w których brałem udział mógłbym zliczyć chyba na palcach obu rąk. Gdybym jednak nawet widział coś, co mnie zbulwersowało, to i tak nie mówiłbym o tym publicznie, ponieważ nie uważam, że powinienem komentować zachowanie kolegów po piórze. Każdy, kto spotyka się z czytelnikami powinien zdać się na siebie. Ja na przykład uważam, że zarówno podczas pisania, jak i spotkań autorskich formułowanie myśli zdecydowanie lepiej mi wychodzi na trzeźwo, ale jeśli inni uważają inaczej, to jest to ich sprawa.

Piotr Dresler: Nie, nie o Ciebie mi chodziło. Chociaż… Żartuję oczywiście (śmiech). I teraz poruszyłeś ważną kwestię, która mnie bardzo intryguje. Czy można powiedzieć o wzajemnej życzliwości w kręgach pisarskich? W jednym z wywiadów powiedziałeś, że trzymacie za siebie kciuki. Wspieracie się nawzajem w jakiś inny sposób?

Stefan Darda: Jeśli chodzi o moje doświadczenia – zarówno te z „oko w oko”, jak i z wirtualnych spotkań z innymi autorami, to są one bardzo pozytywne. Osobiście jak najbardziej trzymam kciuki za tak zwaną „konkurencję”. Wiem, co to znaczy praca nad powieścią i zdaję sobie sprawę, jak wiele wysiłku ona kosztuje. Chociażby dlatego moim koleżankom i kolegom po piórze należy się szacunek. Jest też inny aspekt – wszyscy gramy do jednaj bramki i zależy nam na rozwoju czytelnictwa w Polsce, więc każda dobra powieść ma szansę wciągnąć nowych czytelników i sprawić, że chętniej będą sięgali po książki.

Co do wzajemnego wspierania… Wydarzyła się kiedyś historia na pozór niezwykła: do Andrzeja Pilipiuka zgłosił się mający właśnie zamiar zadebiutować autor i poprosił o przeczytanie książki, pytając, czy (jeśli powieść się spodoba), to mógłby liczyć na notkę na okładkę. Andrzej odpowiedział bardzo szybko chwaląc książkę i bez wahania przystając na prośbę. Gdy początkujący autor zapytał, czego tak znany pisarz oczekuje w zamian, ten odpowiedział: „Będziemy kwita, jeśli pomożesz komuś następnemu”. Ów literacki żółtodziób nazywa się Stefan Darda. Normalnym jest wobec tego, że staram się pomagać, jeśli mam taką możliwość. Mam wrażenie, że coraz częściej do takich wydarzeń dochodzi i bardzo mnie to cieszy.

Piotr Dresler: Andrzej jest bardzo pomocnym człowiekiem. Zresztą wielu pisarzy wyciąga pomocną dłoń w stronę początkujących, wystarczy spojrzeć na Weryfikatorium, gdzie udzielasz się i Ty. Nie sądzisz, że teraz początkujący autorzy mają większe możliwości debiutu niż kiedyś?

Stefan Darda: I tak, i nie. Możliwość publikacji w sieci, bieżącej weryfikacji własnych umiejętności, bezpośredni kontakt z wydawcą, a także zapoznawanie się z radami kogoś, kto już zadebiutował, z pewnością mogą ułatwić wydanie własnej książki. Z drugiej zaś strony, należy pamiętać, że do tych samych narzędzi i informacji ma dostęp bardzo wiele osób… Wniosek jest prosty – mimo wszystko trzeba jednak się przynajmniej trochę postarać. No, chyba że mówimy o debiucie finansowanym z własnej kieszeni; jeśli tak, to – rzecz jasna – nie ma porównania do dawniejszych czasów. Choć i pewnie satysfakcja nieporównanie mniejsza.

Piotr Dresler: Skoro już mówimy o Internecie i początkujących autorach, to powiedz mi co sądzisz o literaturze w sieci?

Stefan Darda: Wydaje mi się, że autorzy, zwłaszcza początkujący, znacznie przeceniają siłę oddziaływania Internetu na potencjalnego odbiorcę – nic nie zastąpi debiutu na papierze i obecności książki czy czasopisma na księgarnianych półkach. Oczywiście, to dobrze, że powstają internetowe inicjatywy literackie, które pomagają w zdobyciu literackich szlifów. Bardzo im kibicuję, bo także taka forma ma swojego odbiorcę, a autorom pomaga uwierzyć we własne siły. Ogólnie jednak rzecz biorąc, to tak, jak z pewnością nic nigdy nie zastąpi drukowanej książki, tak internetowe publikacje jeszcze długo nie będą mogły realnie konkurować z tymi udostępnionymi czytelnikom w tradycyjnej formie.

Piotr Dresler: Zgadzam się z Tobą w tej kwestii. Papier wciąż ma w sobie coś magicznego i mimo nieuchronnie zbliżającej się ery e-booków będzie w literaturze medium dominującym jeszcze przez długi czas. Skoro już poruszyliśmy temat przyszłości to muszę spytać o jedną rzecz. Widzisz siebie jako pisarza za kilka czy kilkanaście lat?

Stefan Darda: Myślę, że będę pisał dopóty, dopóki będę miał (w moim przekonaniu, rzecz jasna) coś interesującego do przekazania czytelnikowi, dopóki będą mi wpadały do głowy przyzwoite pomysły na fabułę i bohaterów, dopóki będzie mi się podobało to, czym zapełniam kolejne strony. Nie wiem, ile to może trwać. Kilka lat? Mam nadzieję, że tak. Kilkanaście? To się okaże… W każdym razie, na pewno nie będę pisał „na siłę”. Chcę być fair wobec osób, które wydają pieniądze na moje książki.

Piotr Dresler: Jeśli mnie pamięć nie myli w planach masz wydanie powieści „Dom na Wyrębach II”, a także zbioru opowiadań „Mroczne Historie i inne opowiadania”, którego zwiastunem był tekst pod tytułem „Ostatni telefon” opublikowany w Qfancie. Czy możesz zdradzić jak daleko są posunięte prace nad tymi projektami? Czy oprócz nich masz już w planach jakąś inną powieść?

Stefan Darda: Ubiegły rok był dla mnie rokiem bardzo wytężonej pracy. Premiery dwóch książek i audiobooka „Dom na wyrębach”, liczne spotkania autorskie i konwenty… To wszystko dało mi ogromnie dużo pozytywnych wrażeń, ale też kosztowało sporo wysiłku, więc chwilowo postanowiłem pozwolić sobie na odrobinę wytchnienia. Nadrabiam zaległości mailowe, sporo czytam i… odpoczywam od pisania. W związku z tym, trudno mi powiedzieć, kiedy pojawi się w księgarniach coś nowego mojego autorstwa. „Dom na wyrębach II” (tytuł tej książki będzie z pewnością inny – ten jest tylko roboczy) jest w fazie koncepcyjnej. Ostatnio zajrzałem do opowiadań i wyszło na to, że gotowe jest jakieś trzydzieści procent zbioru. Co zaś się tyczy innej powieści, to podejrzewam, że może to być powieść osadzona na Podkarpaciu. Zebrałem już sporo materiałów, mam parę pomysłów i sądzę, że coś ciekawego może się z tego wykluć.

Piotr Dresler: Nie dziwię się, że chcesz odpocząć. W pewnym sensie rok 2010 można nazwać rokiem Stefana Dardy. Nie było miesiąca, w którym nie dochodziły do mnie wieści o premierze Twoich książek, spotkaniach autorskich czy też opowiadaniach ukazujących się z różnych okazji. Choćby ostatnia miniaturka napisana dla portalu Secretum.pl, która jeśli dobrze mi się wydaje, była Twoim debiutem z krótką formą. Czy możesz zdradzić czytelnikom i początkującym pisarzom swój sekret na świetny debiut? Bo jakiś musi być, skoro za co się nie weźmiesz to wychodzi kawał dobrej literatury.

Stefan Darda: Z tym rokiem Stefana Dardy, to chyba trochę przesadziłeś, zresztą, nawet nie śmiałbym stawać w szranki z Szopenem… (śmiech). Jeśli natomiast chodzi o sekret na niezły (może to lepsze określenie) debiut, to z pewnością takiego nie ma. Gdyby był i gdybym go znał, to o nim właśnie traktowałaby moja kolejna książka, która pewnie cieszyłaby się większym zainteresowaniem, niż wszystkie moje dotychczasowe razem wzięte.

Jeśli jednak miałbym potencjalnym debiutantom cokolwiek doradzać, to sugerowałbym, by przede wszystkim mieli o czym pisać. Biurka w wydawnictwach uginają się od tekstów młodych ludzi, którzy mają mnóstwo zapału, a nie bardzo mają pomysł na zapełnienie treścią swojej propozycji wydawniczej. Forma – oczywiście – jest bardzo ważna (tu zwracam uwagę na konieczność jak najstaranniejszego dopieszczenia tekstu przed wysłaniem), ale ją można dopracować (w najgorszym wypadku z pomocą redaktora). Istotne są przede wszystkim ciekawe pomysły, a te trudno znaleźć nie próbując chociaż trochę otworzyć się na świat.

Ważna jest też determinacja i grono sprawdzonych znajomych, którzy nie będą się bali powiedzieć, że autor coś spartolił.

I jeszcze jedno: nie radziłbym iść na skróty. Jeśli kilkanaście wydawnictw nie przyjmuje tekstu do druku, to w przytłaczającej większości przypadków powodem jest to, że propozycja do druku się najzwyczajniej w świecie nie nadaje. Można albo próbować ją poprawić, albo zacząć pracę nad czymś nowym, ale nie warto wydawać jej za własne pieniądze. W moim przekonaniu rynek wydawniczy w Polsce rządzi się zdrowymi zasadami, w tym jedną z podstawowych, która mówi, że jeśli coś jest na tyle dobre, że może zainteresować czytelników, to jakiś fachowiec w którymś z profesjonalnych wydawnictw to dostrzeże.

Piotr Dresler: Właśnie, mówisz że rynek wydawniczy w Polsce rządzi się zdrowymi zasadami. Ostatnio pojawia się sporo głosów o jego złej kondycji, choćby przez wprowadzenie 5% stawki VAT oraz z roku na rok zmniejszającą się liczbę przeczytanych książek przez statystycznego Polaka. Jak oceniasz jego stan Ty? Myślisz, że czytelnictwo w naszym kraju będzie nadal spadało?

Stefan Darda: Co jakiś czas media obiega hiobowa wieść o końcu czytelnictwa w Polsce i dynamicznym rozwoju wtórnego analfabetyzmu naszego społeczeństwa. Eksperci różnej maści załamują ręce, że zdecydowana większość naszych rodaków w ogóle nie czyta. A potem pojawiają się hity na miarę „Harry’ego Pottera”, „Zmierzchu” czy chociażby kilkutomowej rodzimej historii dziejącej się nad rozlewiskiem. Na rynku wciąż obecni są pisarze, których premierowe pozycje cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. Jeśli przypomnimy, że wszystkie tomy Pottera tylko w Polsce sprzedały się do tej pory w ilości około 5 milionów egzemplarzy, że niektóre dzieciaki czytały poszczególne tomy w oryginale i nie wahały się zarwać noc, by tylko jak najszybciej nabyć wymarzoną książkę, to czytelnictwo w naszym kraju przestaje rysować się w aż tak czarnych barwach.

Niezależnie od ocen dotyczących bestsellerów, widać wyraźnie, że Polacy chcą czytać, tylko należy im zaproponować coś, co jest w stanie spełnić ich czytelnicze oczekiwania. To jest wielkie wyzwanie dla autorów, by pisać coraz lepiej i przyciągać do księgarskich półek coraz większe rzesze czytelników.

Jest jeszcze jeden dowód na to, że z polskim rynkiem księgarskim nie jest aż tak źle. Spójrzmy na ilość wydawnictw (bankructwa w tym segmencie są raczej rzadkością) i ilość wydawanych książek, która wręcz przyprawia o zawrót głowy. Wartość naszego rynku księgarskiego naprawdę jest niebagatelna (w zeszłym roku – ponad 2,5 miliarda złotych). Wydaje się po prostu, że te osoby, które czytają, kupują większe ilości książek. Podobno około czterdziestu procent z tych czytelników, którzy w roku sięgają przynajmniej po jedną książkę, korzysta z bibliotek. To są także instytucje, które pomagają funkcjonować wydawnictwom i autorom. Chciałoby się jeszcze, by kanon lektur był bardziej przystosowany do gustów i wieku uczniów, by zachęcać do czytania, a nie od niego odstraszać… Ale to już zupełnie inny temat

Wspomniałeś o pięcioprocentowym podatku VAT. Z pewnością jakiś negatywny skutek wywrze, niemniej jednak ja – jako ten, który zwykle widzi szklankę w połowie pełną – cieszę się z tego, że podwyżka nie wyniosła 23 procent i z tego, że (przynajmniej póki co) nie szykują się kolejne.

Piotr Dresler: Muszę Ci powiedzieć, że ucieszyło mnie to co powiedziałeś. Myślałem, że już tylko ja dostrzegam, że jednak nie jest tak źle (śmiech). Wracając jednak do Ciebie i Twoich książek – powiedz mi jak długo przygotowujesz się do napisania powieści? Jak długo trwa tak zwany research i jak on wygląda w Twoim przypadku?

Stefan Darda: Nie da się tego jednoznacznie określić. Jeśli chodzi o wątki obyczajowe, to często mam wrażenie, że research trwa od momentu, gdy zacząłem w miarę świadomie spoglądać na świat i ludzi. W moich książkach poruszam się też w rejonach moich długoletnich zainteresowań, takich jak chociażby kultura ludowa czy demonologia, więc właśnie początek tych fascynacji określiłbym jako początek przygotowania książek (choć – rzecz jasna – jeszcze wtedy nie wiedziałem, że takowe powstaną).

Przy pisaniu przydaje mi się też rozpoznanie bardziej szczegółowe. W tym przypadku zdobywanie informacji zaczyna się dopiero wtedy, gdy mam dość mocno sprecyzowany rys fabularny i wiem dokładnie, co będzie mi potrzebne. Korzystam z Internetu i książek, które mam, lub które na okoliczność pisania zdobywam. Często korzystam też ze szczegółowych map. Częścią researchu są też wyjazdy, mające zaowocować jak najdokładniejszym odwzorowaniem opisywanego miejsca.

Ponieważ piszę w ten sposób, że nie przeskakuję do poszczególnych fragmentów tekstu, to potrzeba rozpoznania często pojawia się w momencie przelewania fabuły na ekran monitora. Na przykład przy pisaniu pierwszej części „Czarnego Wygonu” wpadłem na to, że część akcji rozegra się w Domu Pomocy Społecznej w Krasnobrodzie. Problem polegał na tym, że nigdy w nim nie byłem i nie wiedziałem ani jak wygląda ten budynek, ani nawet jak dokładnie jest zlokalizowany. Nie dawało mi to spokoju, robota się nie kleiła, aż wreszcie wsiadłem do samochodu, by przejechać te sto kilkadziesiąt kilometrów, jakie dzielą mnie od Krasnobrodu. Zobaczyłem, zrobiłem zdjęcia i dopiero po powrocie mogłem znów spokojnie pisać.

Piotr Dresler: Wydaje mi się, że nie do końca świadomie powiedziałeś jak napisać dobrą książkę. Porządne przygotowanie to nie tylko Internet, ale i zobaczenie na własne oczy miejsc, o których się pisze. Mam nadzieję, że nasi czytelnicy wiążący swoją przyszłość z pisarstwem wezmą to sobie do serca. Po napisaniu i wydaniu trzech książek, kilku opowiadań nie przeszła ci przez głowę myśl o napisaniu felietonów czy poradników o pisarstwie podobnych do tych pisanych przez Andrzeja Pilipiuka? Z pewnością masz już pewne przemyślenia na ten temat, którymi mógłbyś się podzielić z innymi.

Stefan Darda: Nie sądzę, aby to był dobry pomysł. Owszem, starałem się w miarę możliwości doradzać, gdy ktoś zwrócił się do mnie o pomoc, prowadziłem też warsztaty literackie, ale raczej nie zdecydowałbym się na spisanie moich rad i spostrzeżeń. Preferuję dość szczegółowe podejście do analizowanego tekstu, więc pewnie ciężko byłoby mi sformułować wystarczająco wiele uwag o charakterze ogólnym, a tekstami poddanymi pod moją ocenę nie chciałbym się posługiwać. Zresztą, jest na rynku wiele publikacji przeznaczonych dla osób, które chciałyby spróbować swych sił w pisaniu, więc nie uważam, że powinienem zajmować się przygotowywaniem kolejnej.

Piotr Dresler: Jest jakaś szansa na przeczytanie powieści podpisanej Twoim nazwiskiem osadzonej w innych realiach niż dotychczasowe lub w innym gatunku? Na przykład kryminału?

Stefan Darda: Na pewno jest szansa na książkę będącą mieszanką (mam nadzieję wystrzałową) horroru i kryminału, której będę współautorem. Nie chciałbym więcej mówić na temat tego przedsięwzięcia, aby nie zapeszyć.

Jeśli zaś chodzi o moją samodzielną próbę, to na razie nie mam takich planów. W perspektywie dwóch, trzech lat raczej to nie nastąpi, ponieważ w tym okresie zamierzam dość konsekwentnie realizować swoje zamierzenia związane z literaturą grozy. Co będzie potem? Zobaczymy. Być może przyjdzie czas i na kryminał mojego autorstwa.

Piotr Dresler: Trzymam kciuki żeby wszystko się udało. Ostatnio byłem świadkiem rozmowy młodych twórców, z której wniosek był dosyć smutny, gdyż podsumowanie brzmiało mniej więcej tak: „Nie czytuję polskich autorów, ale chcę pisać książki po polsku”. Zacząłem się zastanawiać więc czy ślady podobnego rozumowania można odnaleźć u doświadczonych pisarzy. Czytujesz powieści polskich autorów? Masz jakiegoś ulubionego?

Stefan Darda: Ci młodzi twórcy dużo tracą, ponieważ jest sporo książek polskich autorów, które warte są uwagi. Sam dość często sięgam po rodzimą literaturę (bardziej lub mniej współczesną) i zazwyczaj nie jestem zawiedziony. Czy mam ulubionego autora? Mam, jeśli chodzi o poezję. Od lat niezmiennie fascynuje mnie twórczość Jarosława Iwaszkiewicza, a zawarte w jego wierszach przejmujące spojrzenie na przemijanie i niezwykłe odmalowanie urody tego, co nas otacza, chyba nigdy mi się nie znudzi.

Piotr Dresler: Skoro już mowa o poezji to na Twojej stronie autorskiej mamy możliwość przeczytania kilku wierszy. Czy to wszystkie jakie posiadasz? Jeśli dobrze pamiętam piszesz, że nie wykluczasz powrotu do tej pasji. Czy jest możliwość ujrzenia tomiku wierszy Twojego autorstwa?

Stefan Darda: Wszystko zależy od tego, czy wrócę znów do pisania poezji. Tomik powinien zawierać co najmniej sto wierszy, a ja napisałem około pięćdziesięciu, z czego do publikacji nadaje się może połowa z nich. Jeśli wrócę do tego typu twórczości, to wszystko jest możliwe.

Dość często się zdarza, że na spotkaniach autorskich czy w mailach czytelnicy dopytują się o nowe wiersze. Zwykle odpowiadam, że na chwilę obecną zdecydowanie bardziej pociąga mnie proza, aczkolwiek nie zarzekam się, że kiedyś się to nie zmieni.

Piotr Dresler: Ciekawie się zapowiada. Mam nadzieję, że zmieni się to niebawem i ujrzymy na półkach Twój tomik wierszy. Niedawno rozpoczęło się głosowanie na „Nagrodę Sfinks 2010” w kategorii „Polskie powieści roku 2010”, w którym można oddać głos na dwie Twoje powieści: „Czarny Wygon. Słoneczna Dolina” oraz „Czarny Wygon. Starzyzna”. Gdybyś mógł, w jaki sposób zachęciłbyś czytelników do oddania głosu na nie oraz do przeczytania przez osoby, które jeszcze nie miały okazji? Reklamy nigdy za wiele (śmiech).

Stefan Darda: Poczekaj, niech no wymyślę jakieś nośne hasło reklamowe (śmiech). A tak zupełnie serio mówiąc, to mam wrażenie, że najlepszą rekomendacją dla moich książek jest liczne grono sięgających po nie czytelników.

Co do nagród – wydaje mi się, że jest to świetna okazja do promowania literatury fantastycznej i każdy autor powinien zachęcać do brania udziału w takich plebiscytach, chociażby dlatego, że dzięki możliwości oddania głosu na wiele utworów doskonale widać, jak bardzo rozbudowany jest polski rynek fantastyki różnej maści. Ja z tego powodu zachęcam, choć z pewnością nie jestem w stanie nakłonić do głosowania na tę czy inną pozycję wbrew przekonaniu potencjalnego głosodawcy. Trochę martwi, że zarówno „Sfinks”, jak i „Zajdel” wciąż charakteryzują się pewną dozą niedociągnięć w zakresie nominowania, samego głosowania, a nawet (w przypadku „Sfinksa”) brakiem jasnych, przejrzystych reguł odnośnie zliczania głosów. Pozostaje mieć nadzieję, że to się wkrótce zmieni, niemniej jednak nie ma co się jakoś specjalnie zaperzać. W końcu każdy plebiscyt to przede wszystkim zabawa zarówno dla głosujących, jak i dla autorów.

Piotr Dresler: Największą radość głosowania w takich plebiscytach przynosi wygrana naszego faworyta. Ja już oddałem swój głos w „Sfinksie”, mam nadzieję, że i nasi czytelnicy to zrobią. Niedawno udzielałeś wywiadu dla radia Eska, gdzie zapytano Cię o ekranizacje Twoich powieści. Mnie ciekawi co myślisz o zrealizowaniu słuchowiska radiowego na podstawie Twoich książek? Audiobooki są już dostępne, ale to nie to samo.

Stefan Darda: Wydaje mi się, że byłoby to dość trudne do zrealizowania, ponieważ w moich książkach dużą rolę odgrywają obrazy, które bardzo ciężko byłoby oddać poprzez słuchowisko. Nie mam pomysłu, w jaki sposób można byłoby na przykład „pokazać” dość istotną dla fabuły scenę sejmiku żurawi z „Domu na wyrębach” czy wizję zbliżających się „Ich” w „Starzyźnie”. Trzeba byłoby pewnie sporą część fabuły powierzyć narratorowi, a taka forma niewiele różniłaby się od audiobooka, nie wiem więc, czy gra jest warta świeczki. Wiktor Zborowski doskonale zinterpretował „Dom na wyrębach”, wkrótce premiery „Słonecznej Doliny” i „Starzyzny” – również w jego interpretacji, więc entuzjaści słuchania książek powinni być wystarczająco usatysfakcjonowani.

Co innego, gdyby ktoś pokusił się o ekranizację którejś z moich książek. To z pewnością byłoby dość trudne wyzwanie, ale podejrzewam, że efekt mógłby zadowolić miłośników filmowej grozy.

Piotr Dresler: Masz rację, ale może jakiś specjalnie napisany tekst dostosowany do wymogów słuchowiska? Chociaż zostawmy to gdybanie. Ekranizacja jest bardziej prawdopodobna. Czy chciałbyś zagrać w niej jakąś rolę?

Stefan Darda: Myślisz, że ekranizacja jest bardziej prawdopodobna? Polskie kino nie miało chyba szczęścia do filmów grozy i nie sądzę, by ktoś nagle zadecydował o próbie zmiany tego stanu rzeczy, więc raczej szanse są niewielkie.

Jeśli chodzi o moją ewentualną rolę, to pewnie lepiej bym się sprawdził w charakterze współscenarzysty. Nie mam parcia na szkło (śmiech).

Piotr Dresler: Więc jeśli będzie jakieś miejsce wolne to ja się piszę na małą rólkę (śmiech). Ale tak poważniej to może ekranizacja Twojej powieści odwróciłaby tę złą passę. Masz jakieś doświadczenie w pisaniu scenariuszy? Może jest jakaś twarz Stefana Dardy, której nie znamy?

Stefan Darda: Uważam, że idealny model pracy nad scenariuszem na podstawie powieści powinien opierać się na współpracy profesjonalnego scenarzysty z autorem książki. Sądzę, że w ten sposób można byłoby wydobyć z tekstu źródłowego sporo smaczków.

Co zaś się tyczy mojego doświadczenia, to na razie jest to zainteresowanie całkowicie hobbystyczne, niemniej jednak, jest szansa, że w połowie roku nieco się to zmieni. Otrzymałem pewną sympatyczną propozycję dotyczącą stworzenia scenariusza i pracy na planie filmowym. Na pewno z niej skorzystam. Będzie to przedsięwzięcie półamatorskie, ale efekt może być ciekawy, a doświadczenia – bezcenne.

Piotr Dresler: Zadziwia mnie ilość zajęć i przedsięwzięć, w które się angażujesz. Naprawdę. Aż dziwię się, że znajdujesz czas nie tylko na pisanie, ale na odpoczynek i życie prywatne. Zawsze byłeś taki aktywny? Wiem, że grałeś w zespole, reaktywowałeś Uczelniany Klub Turystyczny PTTK UMCS „Mimochodek” i wiele więcej.

Stefan Darda: Reaktywacja „Mimochodka” była przedsięwzięciem grupy osób – sam nie dałbym rady, ale rzeczywiście, byłem jednym z głównych inicjatorów tego pomysłu. Co do mojej aktywności, to faktycznie zawsze pasjonowało mnie mnóstwo rzeczy. Muzyka, turystyka, sport w różnych odmianach, żeglarstwo, fotografia i parę jeszcze innych rzeczy. Wszystko jakoś tak zamarło jakiś czas po studiach. Wpadłem w szarą rutynę dnia codziennego i po jakimś czasie, gdy zaczęło to mnie nadmiernie męczyć, wpadłem na pomysł, by spróbować pisania. Od tamtej pory znów nie mam zbyt wiele czasu, ale to jest właśnie to, o co mi chodziło. Stagnacja zabija.

Piotr Dresler: Chyba Cię rozumiem. Stojąc w miejscu człowiek przestaje się rozwijać, gnuśnieje. Podziwiam Cię. Nie tylko za tę aktywność, ale za otwartość. Dlatego zadam Ci zupełnie nietypowe pytanie jak na wywiad z pisarzem. Chyba nawet na wywiad w ogóle. Gdybyś mógł spełnić swoje największe marzenie to jakie by ono było?

Stefan Darda: Marzenia rodzą się i umierają, rosną i kurczą się niemal każdego dnia. Ponieważ życie jest nieprzewidywalne, to czego dziś chcę najbardziej na świecie, może jutro okazać się tylko nic nieznaczącą fanaberią. Są też dni, w których okazuje się, że to COŚ na pewno się nie wydarzy. Po czasie załamania trzeba wtedy rozpocząć poszukiwania nowych marzeń. Najważniejsze jest to, aby w ogóle je mieć, bo bez nich człowiek jest tylko chodzącym trupem.

Piotr Dresler: Poznaliśmy już Twoje plany na przyszłość, kilka faktów z życia, to może na zakończenie opowiesz o najmilszym zaskoczeniu jakie Cię spotkało w związku z pisaniem?

Stefan Darda: Bardzo wiele było takich miłych zaskoczeń, ale chyba najbardziej cieszy mnie reakcja czytelników. Zarówno na spotkaniach autorskich, jak i poprzez zakładkę „kontakt” na mojej stronie internetowej otrzymuję wiele sygnałów o tym, że to co robię literacko ma sens. Jest też wiele próśb i zapytań o kolejne publikacje. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się aż tak pozytywnego odbioru moich książek.

Piotr Dresler: Życzę Ci więc więcej takich miłych zaskoczeń oraz samych sukcesów, nie tylko w pisarstwie. Dziękuję Ci Stefanie za miłą rozmowę.

Stefan Darda: Dziękuję bardzo, przy okazji życząc Czytelnikom i Redakcji „Qfanta” wszystkiego dobrego i spełnienia nawet najbardziej fantastycznych marzeń.