Archive for the ‘ Recenzje ’ Category

Maciej Żytowiecki, „Mój prywatny demon”

Nie raz pisałem o tym, że posiadam prywatnego demona, czerpiącego radość z czytanych powieści kryminalnych oraz grozy, gdzie grubo ściele się trup, a detektywi są równie nonszalanccy i zmęczeni życiem jak on. Od dawna czekałem na powieść, w której odnajdzie wszystkie te elementy. On też. Dlatego nie zdziwił mnie wewnętrzny okrzyk radości po tym, jak rozpakowałem kopertę i moim oczom ukazał się „Mój prywatny demon” Macieja Żytowieckiego. Książka, na którą ostrzyłem sobie pazury od momentu, gdy mi o niej napisano.

Czekałem, czekałem, i wreszcie się doczekałem. Połknąłem ją w jednym kawałku, nie zostawiając nawet okruszka. Moje drugie ja uznało, że musimy śledzić dokonania autora, gdyż może nas jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczyć.

 

Maciej Żytowiecki przenosi czytelników do Chicago z lat 30-tych, które jest sparaliżowane strachem przed seryjnym mordercą, zabijającym kobiety lekkich obyczajów, a mówiąc bez ogródek – prostytutki. Zbrodnie są dodatkowo makabryczne, ponieważ oprawca wybija ofiarom zęby i pozostawia przy zwłokach naszyjnik wykonany z trzonowców poprzedniczki. Policja jest bezradna, dlatego do śledztwa zostaje skierowany detektyw Ezra. Twardy, aczkolwiek zmęczony życiem mężczyzna, który nawiedzany jest przez duchy przeszłości. Nie tylko przez duchy, bowiem słyszy w głowie głos; głos demona, a właściwie istoty z innego świata, która twierdzi, że złe duchy nie istnieją, lecz sama siebie określa „Awianem, przednim Tryskerem”.

Ezra jest świetnym przykładem zgorzkniałego, smutnego detektywa, do którego czytelnik jest w stanie zapałać wielką sympatią już od pierwszych stron książki, mimo że, muszę przyznać z bólem, lekko przynudzają. Nie przeszkadza to jednak w polubieniu głównego bohatera i jego tajemniczego towarzysza.

„Mój prywatny demon” to ciekawe połączenie kryminału i powieści grozy z odrobiną urban fantasy. Ciekawe i ryzykowne, gdyż z takich „misz maszów” często nic dobrego nie wychodzi. Jednak Maciej Żytowiecki stworzył z tego zestawienia powieść, która zasługuje na pochwałę, zwłaszcza że jest to jego debiut. Wydawnictwo Ifryt ma instynkt do początkujących pisarzy i czuję, że daleko zajdą, jeśli dalej będą tak działać.

Na uwagę zasługuje świetnie prowadzona przez Żytowieckiego narracja oraz dialogi, które nie raz sprawiły, że się uśmiechnąłem – raczej dziwnie wygląda dorosły facet szczerzący się do książki, przynajmniej miny domowników tak mi mówiły.

Powieść czyta się bardzo dobrze, napisana jest prostym, aczkolwiek obrazowym językiem, który sprawia, że łatwiej zagłębić się w akcję. A ta jest naprawdę zajmująca – sam nie zauważyłem, kiedy książka dobiegła końca i przewróciłem ostatnią stronę.

Z pewnością sięgnę po kolejny tekst Macieja Żytowieckiego, po „Moim prywatnym demonie” spodziewam się naprawdę dobrej literatury. Wydawnictwo Ifryt skupia u siebie coraz większą liczbę bardzo dobrze zapowiadających się twórców, dlatego warto ich obserwować. Ja będę czekał na kolejne dzieła z wielką niecierpliwością.

 

Korekta: Iga Pączek

Katarzyna Rogińska, „Wieża sokoła”

W każdym człowieku tkwi bestia, najgorsza z możliwych. Taka, która nie zna litości, a pragnienie cierpienia innych jest prawie tak mocne jak pragnienie krwi. Jednak to, że tkwi, nie znaczy, że dochodzi do głosu. Zaledwie ułamek gatunku ludzkiego stanowią potwory bez sumienia, nazywane mordercami lub psychopatami. Czasem te bestie budzą się w osobach, których nikt nie podejrzewałby o kontakt z niewyobrażalnym złem. Katarzyna Rogińska w swojej powieści „Wieża sokoła” pokazała nam sytuację, w której jedno zło staje się gorsze od drugiego.

Mówiąc szczerze, gdy podchodziłem do tej historii, nie sądziłem, że będę musiał zmierzyć się z czymś takim. Nawet mój wewnętrzny demon był lekko przerażony tym, co przeczytaliśmy. Dla osoby, która nie spotkała się z podobnymi opisami stworzonymi ręką kobiety, konfrontacja z tą książką mogła okazać się lekkim szokiem. I była. 

Przede wszystkim w powieści Katarzyny Rogińskiej uderzyło mnie dosyć osobliwe przedstawienie mrocznej strony, ale to jedynie namiastka umiejętności autorki, która prawdziwy kunszt pokazała, budując napięcie i niepewność wokół losów głównej bohaterki – greczynki Dymitry, która poznała młodego polaka, Edwarda. Choć przyznam, że pierwsze kilka stron mnie lekko znudziło, po pewnym czasie tak się wciągnąłęm, że świat zewnętrzny przestał dla mnie istnieć. Liczyła się tylko powieść i to, co się stanie z Dymitrą i jej oprawcami.

Po przeczytaniu pierwszej części, bo trzeba nadmienić, że „Wieża sokoła” podzielona jest na trzy, byłem bardziej niż zaciekawiony. Po drugiej stałem się lekko zniesmaczony, lecz zainteresowanie ustąpiło miejsca czemuś, co można określić jedynie słowami: „Muszę wiedzieć, co będzie dalej!”. Trzecia część przyniosła ukojenie mojej zmartwionej duszy.

Na okładce napisano, że bohaterkę czeka coś, czego nie zobaczyłaby w najbardziej przerażającym filmie. Mnie się wydaje, że „Wieża sokoła” ma większą siłę przebicia niż niejden film. Jeśli ktoś, jak ja, ma naprawdę obrazową wyobraźnię, to opisy tworzone przez Rogińską potrafią sprawić, że na twarzy pojawi się grymas zbulwersowania, na chwilę zasłonicie oczy albo odłożycie książkę, by złe myśli odeszły choć na chwilę. Rozumiem, że dwie pierwsze części powieści trafią do każdego fana thrilleru i grozy, trzecia jednak może nie przypaść do gustu. Mianowicie dlatego, że autorka na chwilę zmienia wszystko: bohatera, wątek, problemy. Lecz jeśli wytrwamy te kilka stron, dojdziemy do wniosku, że taki oddech od kłopotów domu doktora Edwarda był nam potrzebny. To swojego rodzaju otrzeźwienie, by stwierdzić, że w życiu nic nie jest albo białe, albo czarne. Otaczają nas szarości, a ludzie są i źli, i dobrzy zarazem. Nawet z pozoru porządny człowiek, pragnący czegoś za bardzo, może robić złe rzeczy, zwłaszcza, jeśli jest przy nim sam Lucyfer pod postacią kaleki.

Wszystkie trzy części tworzą spójną całość, sprawiając, że z pełną powagą mogę powiedzieć, iż polskie thrillery są na bardzo wysokim poziomie. Katarzyna Rogińska właśnie dołączyła do moich ulubionych autorów. W polskiej literaturze tkwi wielka siła i szkoda, że nie wszyscy ją odkryli.

Z wielką przyjemnością przeprowadzę wywiad z autorką, jeśli się zgodzi. Po tej książce mam tyle pytań, że nie wiem, czy wystarczy mi czasu, i czy nie zanudzę czytelnika jego długością, o ile rozmowa dojdzie do skutku.

Dla sceptyków powiem tylko, że powieść wydaje się być opisem autentycznych wydarzeń. Sprawia wrażenie zbyt prawdziwej na fikcję literacką. Tak właśnie ukazuje się nam, czytelnikom, talent pisarski Katarzyny Rogińskiej. Warto sięgnąć po „Wieżę sokoła”, jeśli odważycie się ujrzeć obrazy, które sprawią, że zapragniecie wyjść gdzieś, gdzie nie będzie śladu mroku, jeśli nie boicie się własnych demonów.

 

Korekta: Iga Pączek

Łukasz Śmigiel, „Mordercy”

Nie jestem sam. Jest nas dwóch. Ja i moje alter ego. Piotrek i Weber. Gdy ten pierwszy kocha spokój, ten drugi lubuje się w grozie. Często pozwalam mojemu alter ego rozsiąść się wygodnie na fotelu z książką w ręce – jednak nie pozwalam mu na rozpasanie się i szaleństwa, wystarczy już na tym świecie morderców. Dlatego popieram słowa Łukasza Śmigla: „Czytaj, nie zabijaj”. Śmigiel pisze, a nie zabija, i to mi się podoba. Daje pożywkę dla takich jak ja. Od jakiegoś czasu czułem, jak ten drugi rzuca się w moim umyśle jak w klatce, szukając okazji, by się wyżyć. Musiałem szybko znaleźć coś, co zaspokoi jego chore żądze. Postanowiłem sięgnąć po zbiór opowiadań właśnie Łukasza Śmigla pod tytułem „Mordercy”.

Łukasza Śmigla nie trzeba nikomu przedstawiać. Wszyscy fani grozy znają tego młodego aczkolwiek bardzo płodnego pisarza. Osobiście nie miałem jak dotąd okazji czytać dłuższych form autorstwa Śmigla. Króciutkiego opowiadania w antologii „Mogliby kogoś zabić” nawet nie wspomnę. Dlatego z dużym zainteresowaniem zasiadłem do lektury. Mój mroczny pasażer aż szalał z radości. 

Zbiór otwiera opowiadanie „Kozioł ofiarny”, które jest według mnie jednym z przyjemniejszych opowiadań zawartych w „Mordercach”. Łukasz świetnie wykorzystał tutaj koncepcję francuskiego historyka i antropologa filozoficznego Rene Girada dotyczące pojęcia „kozła ofiarnego”. Nie zdradzę o tym opowiadaniu ani słowa więcej. Nie chcę nikomu popsuć frajdy z czytania. Znam osoby, które zbiorów opowiadań nigdy nie zaczynają od pierwszego opowiadania, sam czasem tak robię, ale w tym przypadku warto rozpocząć swoją przygodę z „Mordercami” właśnie od „Kozła ofiarnego”.

Streszczenie wszystkich opowiadań jest raczej bezsensowne, więc skupię się na kilku, które najbardziej przypadły mi do gustu. Mnie i mojemu towarzyszowi.

Naprawdę świetnym kawałem literackiej roboty jest „Opowieść wigilijna”, opowiadanie, które trafiło w moje ulubione klimaty. Wigilia Bożego Narodzenia nie należy do moich ulubionych świąt, więc uwielbiam czytać teksty grozy, których akcja jest osadzona właśnie w tym dniu. Postać Knechta Ruprechta jest tym, co tygryski lubią najbardziej. „Opowieść wigilijna” to dowód, że ze świąt można jeszcze coś wycisnąć – a myślałem, że już wszystko na ten temat czytałem. Pojawiające się demony, Mikołaj alkoholik i morderca oraz zombie są niczym w porównaniu z tym, co zaprezentował nam Śmigiel. Czytając ten tekst, prawie czułem, jak mój mroczny pasażer szczerzy kły w demonicznym uśmiechu. Opowiadanie można streścić w kilku słowach: „nieoczekiwana zmiana miejsc”.

Czytając ten zbiór trzynastu opowiadań, miałem nieodparte skojarzenia z albumem The Doors wydanym w 1970 roku. Czemu akurat z nim? Dlatego że zarówno „L.A. Woman”, jak i „Mordercy” mają niepowtarzalny klimat. Piosenka „Riders on the Storm” mogłaby służyć jako preludium do ścieżki dźwiękowej dla „Morderców”.

Czy ktoś z was w dzieciństwie powtarzał tak jak Łukasz Śmigiel: „raz… dwa… trzy… Wypadam z głupiej gry”? Tak? Więc może nie czytajcie „Śledztwa”, opowiadania z seryjnym mordercą w tle. Ale to nie obecność seryjnego mordercy jest w nim najstraszniejsza. „Śledztwo” pokazuje nam, że zło czai się w każdym z nas, nawet w tych, którzy mają stać na straży porządku i sprawiedliwości. Agent FBI Trent jest tego doskonałym dowodem. Gdy kiedyś spotkacie stróża prawa na swojej drodze, spójrzcie mu w oczy i zastanówcie się, czy gdzieś tam w ukryciu nie siedzi przypadkiem demon. A może sami jesteście stróżami prawa? Spójrzcie więc w lustro. Nie bójcie się tego, co tam ujrzycie.

„Mordercy” to zdecydowanie jeden z bardziej udanych zbiorów opowiadań jednego autora, jaki było mi dane czytać. Nie wszyscy lubią krótkie formy, ale wielu – jak sam autor i ja – odczuwa do nich sentyment. Sztuką jest zamknąć opowieść w kilku stronach, ale jeszcze większym wyzwaniem jest sprawić, by była to historia opowiedziana od początku do końca. Niewielu tak potrafi. Łukaszowi Śmiglowi się udało. Czuję, że nie jest to ostatni raz, gdy spotykam się z prozą tego pana. Mój mroczny pasażer jest zadowolony z tego spotkania, więc nie odmówię mu kolejnych. Mam nadzieję, że kolejne nastąpi już niebawem.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir

Katarzyna Rygiel, „Śmiertelne zlecenie”

Jestem tu przez zupełny przypadek, choć podobno nie ma na świecie przypadków. Jednak nie wierzę w takie brednie jak los czy przeznaczenie. Kiedyś, bardziej z nudów, sięgnąłem po serię „Klubu Srebrnego Klucza”, o której pisałem już nie raz przy okazji recenzowania kolejnych tytułów ukazujących się z jej znakiem. Tym razem po raz drugi mam przed sobą powieść Katarzyny Rygiel. „Śmiertelne zlecenie” to jej trzecia książka z logiem klucza na okładce. Pierwszą powieścią Katarzyny była „Ekspedycja Kolitz”, której nie miałem okazji czytać, a następnie świetna według mnie „Gra w czerwone”.

Właśnie zakończyłem lekturę i zastanawiam się, co mogę napisać o tej powieści. Z pewnością jedno: Katarzyna Rygiel nie zaskoczyła czytelników. Nie zaskoczyła brakiem formy, gdyż powieść jest na wysokim poziomie. Takie kryminały czyta się z wielką przyjemnością i wraca do nich od czasu do czasu, by chwilę poprzebywać z bohaterami. Krzysztofa Sobolewskiego i Ewę Zakrzewską – głównych bohaterów – poznaliśmy już w „Grze w czerwone”. W „Śmiertelnym zleceniu” mamy do czynienia z ich dalszymi losami.

Obydwoje wpadają na siebie, zupełnie przypadkiem, w Biskupinie, w którym trwa festyn archeologiczny. Krzysztof przyjechał ze względu na pewne informacje przekazane mu przez policyjnego informatora, a Ewa – żeby odpocząć. Z początku Krzysztof unika Ewy, by nie wciągnąć jej w śledztwo, które mogłoby się skomplikować przez udział cywila, jednak to staje się niemożliwe w momencie, gdy jej znajomy, którego widziała jako ostatnia, ginie. Ciało Jakuba Mroka – złotnika z Biskupina zostaje znalezione na brzegu jeziora, w pobliżu miejsca, gdzie poprzedniego wieczoru odbywała się impreza dla organizatorów festynu. Śledztwo dotyczące jego śmierci prowadzone jest przez miejscową policję, z czasem jednak dołączą do niego Krzysztof jako reprezentant komendy stołecznej.

Od tego momentu tak naprawdę zaczyna się cała historia i zabawa dla czytelnika. Katarzyna Rygiel swoim stylem opowiadania przypomina mi powieści, które czytałem, gdy byłem małym chłopcem. Autorka opowiada historię w taki sposób, że chce się czytać dalej i podążać razem z bohaterami w kierunku rozwiązania zagadki.

Na szczególną uwagę zasługują portrety psychologiczne bohaterów, które są bardzo realistyczne. Wydaje się wręcz, że są żywcem zdjęte z żywych postaci, tylko nazwiska zmieniono. Ich reakcje i emocje są bardzo prawdziwe. Z powieści na powieść sztuka opisywania postaci wychodzi Katarzynie Rygiel coraz lepiej. Aż boję się myśleć, jak będzie w kolejnej książce. Na pewno z przyjemnością zasiądę do lektury.

Język, jakim posługuje się autorka, jest bardzo naturalny i czytelnik nie ma uczucia, że którekolwiek kwestie bohaterów są sztuczne czy wepchnięte im w usta na siłę, bo fabuła tego wymagała. W tym tkwi tajemnica dobrej powieści kryminalnej: w uczuciu naturalności.

Na pierwszej książce wydanej pod szyldem „Klubu Srebrnego Klucza” znalazło się takie zapewnienie: „Srebrny Klucz to gwarancja przyjemnej i pouczającej rozrywki”. Zysk i S-ka Wydawnictwo, wydając takie pozycje jak „Śmiertelne zlecenie”, pokazuje, że jest wierne tej zasadzie. To nie tylko slogan, a zapewnienie świetnej rozrywki. Dlatego zakochałem się w tej serii bezpowrotnie i czytuję każdą możliwą powieść sygnowaną tym logiem. Powiedzcie szczerze, czy jest coś lepszego na świecie od porządnego kryminału? Nie musicie odpowiadać na to pytanie, bo i tak wam nie uwierzę, jeśli zaprzeczycie. Jestem uparty i ślepo zakochany, na to nie ma leku. Zysk i S-ka Wydawnictwo ma jednego wiernego czytelnika więcej. Wszystko dzięki serii z Kluczem i „Śmiertelnemu zleceniu”, które nie zawiodło moich nadziei.

Korekta: Katarzyna Tatomir

S. A. Swann, „Wilczy amulet”

Minęło zaledwie pół roku, od kiedy pierwszy raz wzruszyłem się, czytając „Wilczy miot” S. A. Swanna. I nie wstydzę się tego. Od tej powieści zaczęły się moje kontakty z powieściami, które jak dotąd nie zwracały na siebie mojej uwagi. Zacząłem czytywać książki z wątkami romantycznymi, a nawet te określane mianem „literatury kobiecej” – jednak tylko wtedy, gdy zawierały się w gatunkach, które lubię.

I tak z niekłamaną przyjemnością powróciłem do losów Krzyżaków walczących z wilkołakami na terenach dawnych Prus, a w tej części dylogii – także i Mazowsza. Przyznam, że nie spodziewałem się, że Swann zrobi aż taki skok w czasie i osadzi akcję „Wilczego amuletu” sto lat po wydarzeniach „Wilczego miotu”. Miałem małą nadzieję na kontynuację losów Uldolfa i Lilii. Autor dał nam jednak zupełnie nowych bohaterów: brata Jozefa, wieśniaczkę Marię oraz Dariena – wilkołaka szczerze nienawidzącego ludzi.

W ciągu tych stu lat Krzyżacy zmienili swoje nastawienie do wilkołaków i utworzyli zastęp tak zwanych wolfjegrów – łowców mających na celu odnajdywanie i mordowanie bestii, które obróciły się przeciwko swoim panom. Poznajemy ich już na samym początku powieści, i to tropiących jednego z przedstawicieli wilkołaków. W pogoni za nim zapuszczają się na ziemie polskie, gdzie w jednej z pobliskich fortec szukają pomocy po tym, jak zostają zaatakowani przez diabelski pomiot. Poturbowani przez wilczy miot nie zdradzają celu swojego wtargnięcia na ziemie sąsiada, gdyż wiąże ich tajemnica, z której może ich zwolnić jedynie przedstawiciel Kościoła, co najmniej biskup – i taki też zostaje wezwany do tego grodu.

Swann trzyma poziom, który osiągnął przy poprzedniej powieści, i sprawnie łączy historię z fantastyką sprawiając, że jego opowieść czyta się naprawdę dobrze. Tak jak w „Wilczym miocie”, w „Wilczym amulecie” mamy do czynienia z zakazaną miłością między dwoma rasami występującymi w książce. Zakończenie też jest podobne. Jeśli ktoś czytał poprzednią część, wie, o czym mówię.

Szkoda, że jest to ostatnia część dylogii o Krzyżakach i wilkołakach. Mam nadzieję, że autor zdecyduje się na powrót do tego uniwersum i już niebawem będę trzymał kolejną powieść o „wilczym miocie”.

Przyznam, że romantyczność dylogii mnie trochę przerażała. Jestem zwolennikiem twardej, męskiej powieści, a nie tej sprawiającej, że nie wiem, czy wziąć chusteczkę i ukryć wzruszenie, czy przestać czytać. No dobra, przesadzam z tym wzruszeniem, ale Swann zrobił to, co udaje się naprawdę niewielu – połączył historię, fantastykę i romans w taki sposób, że zwolennicy każdego z tych gatunków mogą sięgnąć po powieść bez obaw, że się zawiodą. Ba, nawet znajdą powód, by sięgnąć po inne książki zawierające się w tych gatunkach. Ja tak zrobiłem. To jest największy sukces autora.

Do tej pory myślałem, że o wampirach i wilkołakach napisano już wszystko i nikomu nie uda się podejść do tego tematu w świeży i interesujący sposób. Dylogia Swanna jest dowodem na to, że się myliłem. Nie wstydzę się tego. Jest zupełnie odwrotnie – cieszę się, że trafiłem na tę powieść, tak jak cieszyłem się po lekturze „Wilczego miotu”.

Pewne jest to, że Swann zagości na dłużej wśród pisarzy, po których powieści będę chętnie sięgał. Jeśli inne jego dzieła są podobne do tych dwóch, nie potrzeba innej reklamy.

Korekta: Aleksandra Żurek

Magdalena Lewańska, „Detektyw i panny”

Jakiś czas temu zastanawiałem się nad kondycją polskiego kryminału – nad tym, jak ma się teraz i dokąd zmierza. Refleksja była raczej smutna, choć nie pozbawiona nadziei.  Nadzieja ta wraca zawsze, gdy sięgnę po kolejny kryminał rodzimego autora. Wtedy ożywa we mnie wiara w lepsze jutro. Skoro teraz wychodzą świetne kryminały, jest szansa, że początkujący autorzy złapią bakcyla i pociągną ten gatunek dalej. Zobaczymy.

Jedną z lepszych ostatnio powieści jest „Detektyw i panny” autorstwa Magdaleny Lewańskiej. Książka została wydana pod szyldem wydawnictwa JanKa, które od dłuższego czasu obserwuję z rosnącym zainteresowaniem. Tu właśnie wydała swoją powieść Magdalena Zimniak – czyżby wydawnictwo miało szczęście do świetnych powieści napisanych przez Magdaleny? Chyba tak.

„Detektyw i panny” czyta się bardzo przyjemnie, a podział na dwie oddzielne opowieści sprawia, że lekturę można sobie porcjować bez strachu, że się zapomni, co się wcześniej wydarzyło. Na „Detektywa i panny” składają się „Chiński kurczak” oraz „Mysz zastępcza”. Niecierpliwi czytelnicy mają przez to nie lada wyzwanie: otworzyć książkę na obu zakończeniach czy oprzeć się pokusie? Ja się oparłem, ale z trudem. Co prawda nie zaliczam się do tych niecierpliwych, ale lubię czasem poznać zakończenie wcześniej, żeby się przekonać, czy moje rozważania są prawidłowe. Czasem udaje mi się odkryć tajemnicę przed bohaterem, czasem nie.

Bohaterem obu opowieści składowych jest detektyw Dirk Tielke, który zostaje inspektorem w małym miasteczku Kirchdorf – spokojnym aż do bólu. Spokój ten jednak nie trwa wiecznie. W „Chińskim kurczaku” mamy do czynienia z makabrycznym odkryciem ludzkich narządów w lodówce. Jak wiadomo, widok to niezbyt przyjemny i rzeczą zrozumiała jest reakcja osoby, które je znalazła. Jaka to reakcja? Łatwo się domyślić, a ja odpuszczę sobie opisywanie tej czynności. Dalej opowieść toczy się według schematu wyciągniętego wprost z klasycznego kryminału: inspektor prowadzi sprawę z uporem, zostaje mu ona odebrana, ten nie daje za wygraną i… Sami musicie sprawdzić.

„Mysz zastępcza” to kontynuacja losów Dirka Tielke, który musi się zmierzyć ze sprawą morderstwa, które wstrząsnęło całym Kirchdorfem. Jednak tym razem dzielny inspektor nie jest sam, pomagają mu Max i Moritz. Pojawia się nawet policja z Hamburga. Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niż się wydaje.

Obie opowieści łączy osoba Dirka Tielke, który powoli wyrasta na dzielnego następcę klasyków takich, jak chociażby jak Poirot. Czy sprosta nadziejom w nim pokładanym? Czy Magdalena Lewańska podąży tym tropem i stworzy serię o perypetiach inspektora Tielke? Zobaczymy.

Miłośnicy klasycznego kryminału mają świetną pożywkę – szkoda, że taką krótką. Można mówić o wtórności książki, jednak nawiązanie do klasyków chyba wymagało takiego zabiegu. Ciężko stwierdzić. Jedno mogę powiedzieć na pewno – lektura jest przyjemna i nie pozwala na myślenie o zmarnowanym czasie. Książka w sam raz na relaksacyjny wypad na łono natury. Cisza, spokój i kryminał. Czy można chcieć więcej?

Korekta: Aleksandra Żurek

Lis Wiehl, April Henry, „Oblicze zdrady”

Liczba trzy w wielu kulturach i religiach posiada szczególne znaczenie i owiana jest tajemnicą i magią. W religii chrześcijańskiej symbolizuje trzech mędrców, Boga w trzech postaciach, pojawia się wiele razy w Biblii, choćby w przypadku trzykrotnego wyparcia się Chrystusa przez Św. Piotra. Dla pitagorejczyków symbolizowała doskonałość oznaczającą początek, środek i koniec. Nie dziwi więc fakt, że motyw trójki pojawia się w wielu literackich powieściach. Jedną z nich jest „Oblicze zdrady” autorstwa Lis Wiehl oraz April Henry.

Jest to kolejna powieść, którą określa się mianem „literatury kobiecej” – słowami, które mnie z początku przerażały (teraz już mniej). Nigdy nie wiem, czego mam się spodziewać po powieściach, które opisuje się w ten sposób. Zawsze się boję, że jako facet nie sprostam wymaganiom, którymi obarczą mnie autorzy. Jestem tylko mężczyzną.Nie bez powodu zacząłem od krótkiego opisu znaczenia liczby trzy w kulturze, gdyż główne role w powieści przypadają trójce przyjaciółek: reporterce Cassidy Shaw, prokurator federalnej Allison Pierce oraz agentce FBI Nicole Hedges. To właśnie od momentu, gdy ta trójka zaczyna się interesować sprawą, akcja zaczyna nabierać tempa. Do tej chwili wszystko wyglądało raczej beznadziejnie – jak to zwykle bywa – lecz połączone siły mediów i wymiaru sprawiedliwości odnajdują trop.Ale zaraz, nie napisałem, czego tyczy się sprawa. Otóż jest to zaginięcie nastoletniej Katie Converse, której od momentu wyjścia na spacer z psem nikt nie widział. Przepadła jak kamień w wodę, a policja jest bezsilna. Zniknięcie jest o tyle dziwne, że dziewczyna nie miała nigdy wrogów, pilnie się uczyła i nie sprawiała problemów wychowawczych.

Jak widać, początek intrygi i zarazem zagadki jest dosyć sztampowy i trzeba posiadać nie lada talent, by z tej sztampy wyjść. Wiehl i Henry tego dokonały. W miarę czytania akcja nabiera tempa i kształtu. Co prawda przypomina chwilami seriale kryminalne z dolnej półki, ale nie to jest najważniejsze. Po przeczytaniu „Gry w czerwone” Katarzyny Rygiel przekonałem się, że autorki mają pewien rodzaj emocjonalnego podejścia, którego brak mężczyznom. Autorki sprawiły, że ich bohaterki nie są jedynie detektywami na tropie zbrodni, a istotami z krwi i kości. Mają swoje problemy, miłostki oraz sukcesy. To właśnie te wątki sprawiają, że mogę powiedzieć, iż portrety psychologiczne bohaterów zostały w „Obliczu zdrady” bardzo dobrze zarysowane.

To powód, dla którego nie powinniśmy – my mężczyźni – przekreślać powieści, które określane są mianem „literatury kobiecej”, zwłaszcza jeśli są to thrillery przepełnione symboliką. Nikt mi nie powie, że trójka bohaterek i trzy części serii to przypadek. Nie wierzę w przypadki, tylko w suche fakty – i w tym przypadku mówią mi one, że książka jest naprawdę dobra. Warto poświęcić chwilę na lekturę i przyjrzenie się problemom typu: jaki zrobić makijaż na potrzeby telewizji. Akurat z tym żartuję, jako facet nie bardzo zwracam uwagę na makijaż. Jednak portrety psychologiczne bohaterek zdecydowanie zasługują na uwagę.

„Oblicze zdrady” czyta się szybko i płynnie. To zasługa narracji, która nie ma dłużyzn – przemyślenia bohaterek i ich perypetie przeplatane są wpisami na myspace zaginionej nastolatki, co jest miłym urozmaiceniem. Lecz ksiązka nie jest tylko miłą lekturą – może nas również czegoś nauczyć, gdyż opisano w niej kilka ciekawych rzeczy, jak immunitet senatora USA. Miło jest połączyć przyjemne z pożytecznym.

Jeśli ktoś lubi powieści z lekka przypominające telewizyjne seriale kryminalne, które czyta się bardzo szybko, to zdecydowanie „Oblicze zdrady” jest powieścią dla nich.