Archive for the ‘ Pisane na kolanie ’ Category

To wina tłumacza!

Własnie skończyłem czytać kolejną powieść zagranicznego autora i zacząłem się zastanawiać nad pewną kwestią. Ile w książkach przekładanych na nasz język geniuszu autora, a ile talentu tłumacza? Weźcie do ręki książki Simona Becketta i Jeffa Lindsaya. Tego pierwszego czyta się świetnie. Ten drugi można podawać jako klasyczny przykład grafomanii – choć serial na podstawie powieści wyszedł całkiem dobrze. Zastanawiam się ile winy za porażkę autora ponosi tłumacz, a ile jest w niej tak naprawdę znamion słabego warsztatu pisarza. Co wy o tym myślicie?

Dawniej i dzisiaj

Każdy ma swoja ulubioną powieść, do której wraca co jakiś czas i zachwyca zupełnie jak gdyby czytał ją po raz pierwszy. Moim numerem jeden jest „Król szczurów” Jamesa Clavella. Czytam go przynajmniej raz na dwa lata. Pierwszy raz wpadł mi w ręce gdy robiłem porządki na półce z książkami w pokoju rodziców – chodziłem wtedy do jednej z pierwszych klas podstawówki, nie pamiętam dokładnie, do której. Zawsze podbierałem ojcu kryminały, ale ta książka była inna – stara, pożółkła i pozbawiona jakiejkolwiek ilustracji. Zaciekawiło mnie to. Dzisiaj, po latach, sięgnąłem tym razem na swoją półkę z książkami i ściągnąłem z niej „Króla szczurów” właśnie i kilka nowszych książek. Porównałem sobie tę powieść, która ma już ponad dwadzieścia cztery lata, pra

wie tyle co ja, z książkami wydanymi w ciągu zaledwie dwóch lat od teraz.
„Król szczurów” mimo lat trzyma się całkiem nieźle. Kleiłem go tylko raz, a z poplamionego i żółtego papieru czyta się wciąż tak samo przyjemnie. Pożyczałem go wiele razy i zawsze wracał w takim stanie w jakim go widziałem przed pożyczką.
„Był sobie złodziej” Jacka Skowrońskiego odwiedził już wiele domów, przechodząc przez tyle rąk, że aż szkoda gadać. Patrząc na niego zastanawiam się czy wytrzyma jeszcze kilka pożyczek. Okładka powoli się odkleja. Mam nadzieję, że będzie trzymał jakoś podobnie jak powieść Clavella.
Gorzej jest z innymi powieściami, które, o zgrozo, przeżyły jedynie szybkie czytanie w pociągu i przewożenie w torbie podróżnej. Jedna z nich po jednym czytaniu się porządnie rozkleiła. A jestem jej pierwszym właścicielem.
Uważam się za osobę dbająca o książki, więc nie upatruję winy w pogorszeniu stanu wizualnego książek w niechlujnym traktowaniu ich. Wydaje mi się, że wina tkwi zupełnie gdzie indziej. Niektóre z nich wyglądają naprawdę pięknie, ale widać, że nie są już tak starannie wykonane jak te powieści z przed lat. Nawet jeśli były robione z papieru z odzysku to trzymały pewien poziom. Nie twierdzę, ze wszystkie książki dzisiaj sa kiepskiej jakości, a te drukowane dwadzieścia lat temu sa super ekstra. Tak nie jest, nawet wśród tych powieści sprzed lat są „buble”. Mam takich kilka. Te współczesne przerastają je o głowę, ale nie wszystkie.
Ostatnio słyszałem nawet, że w niektórych książkach tusz się rozmywa pod wpływem potu, więc osoby cierpiące na nadmierną potliwość dłoni maja pewien problem gdyż książki zmieniają się w produkt jednorazowego użytku. Tusz się rozmywa i nie da rady później odszyfrować słów, czy też zdań. Szkoda gdyż książki to jeden z piękniejszych tworów człowieka. Niektóre przetrwały wieki, miejmy nadzieję, że i te współczesne będa mogły się poszczycić podobnym dokonaniem.

Gwałcę teksty

Kilka razy w swoim życiu usłyszałem, że jestem zbyt wymagający w recenzowaniu opowiadań. Jeżeli na przykład ocenię jakiś tekst na mocne cztery w skali od jednego do dziesięciu to utarło się w moim otoczeniu, że w rzeczywistości tekst musi być porządną szóstką. Nie wiem dlaczego tak jest. W stosunku do własnych utworów jestem jeszcze bardziej krytyczny. Kiedyś, w czasach gdy kochałem pisać, pewien pisarz, którego bardzo cenię powiedział o moim opowiadaniu, że jest bardzo obiecujące. Ja do tej pory uważam, że się mylił, że ten tekst to absolutna pomyłka w moim dorobku – jakkolwiek mały, by on nie był.

Niektórych może razić więc moje podejście do oceniania innych. Podobno mierzymy innych tą samą miarą, którą odnosimy do siebie. Coś w tym jest. Pamiętam, że kiedyś w jednym z artykułów (nie wiem czy go gdzieś publikowałem) napisałem, że najgorszą dla mnie częścią pisania jest redakcja tekstu. Sprawdzając opowiadanie i poprawiając je staję się chamski i bezlitosny dla własnej głupoty i niedbałości o szczegóły. Stąd czasem komentując opowiadania innych początkujących pisarzy zdarzało mi się przybierać maskę tego złego. Wychodziłem z błędnego przekonania, że każdy jak ja chce się uczyć i ważne jest szczegółowe wypisanie błędów. Niestety się myliłem. Gdy ja gwałcę własne teksty inni wolą żeby ich opowiadania zaproszono na randkę do drogiej restauracji, traktowano jak damę. Tego nie potrafię robić. Właściwie to się tego uczę w mękach, bo czy można wyrzec się bycia sobą bez bólu?

Świetnie rozumiem, co czuje autor gdy pisząc wyrywa cząstkę siebie, a ona później jest deptana przez anonimową osobę w Internecie. Ba, wiem czym to grozi. Sprawia w pewnym momencie, że autor dławi się kawałkami komentarza krytyka i wypluwa je okraszając sporą dawką gorzkiego jadu. Tak bywa. Małej ilości autorów udaje się w takim momencie zacisnąć zęby i iść dalej przed siebie. W pisaniu poza pokorą potrzebna jest pewna doza pewności siebie. Co prawda przesadna pewność siebie może przeszkadzać, ale to skrajny przypadek.

Trzeba na starcie stwierdzić jeden niepodważalny fakt – człowiek jest narcyzem i egoistą z natury. Ja tego nie ukrywam. Jestem nim. Lubię czytać i jeśli widzę, że coś jest źle to uważam, że powinienem o tym napisać. Nic więcej. Jaki ma to związek z egoizmem i narcyzmem? W swoich opiniach często nie patrzę na uczucia autora. Dobrze więc, że jednym autorem, którego teksty komentuję w tym momencie jestem ja sam. Mogę sobie pozwolić na swobodę wypowiedzi bez zbędnych skrupułów. Osoby znające mnie osobiście wiedzą jak ostry potrafię być dla siebie.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Żeby zachęcić was do większego krytycyzmu względem własnych opowiadań. Jeżeli dziewięćdziesiąt procent czytelników ocenia opowiadanie źle to wiedzcie, że coś się dzieje – że tak sparafrazuję pewnego klechę. Odrobina krytyki wobec własnych tworów wam nie zaszkodzi a jedynie pomoże. Mnie pomogło. Mógłbym zażartować i napisać, że odkrywszy w sobie talent wbrew logice podzielę się moimi opowiadaniami ze światem, a on będzie musiał porażony ich pięknem chylić czoła wielkiemu artyście jakim jestem. Tak jednak nie będzie, póki co nie odczuwam przemożnej chęci wydawania, mam wiele innych priorytetów. Jednym z nich jest rozkręcenie własnej firmy. Póki co w domowym zaciszu gwałcę teksty, które do tej pory napisałem.

Szybkie czytanie?

Znalazłem jednak dzisiaj chwilę, by napisać kilka słów na temat, który chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Nagrałem nawet krótkie filmiki, by go trochę zobrazować – musicie mi wybaczyć jakość.

Na początek chciałbym pokazać moją standardową prędkość czytania. Musiałem użyć palca żeby pokazać z jaką prędkością czytam poszczególne linijki.

Drugi filmik pokazuje już prędkość większą. Tak czytam gdy nie mam czasu na nic. Choć przyznam bez zbędnej skromności, że to jeszcze nie jest szczyt moich umiejętności. Musiałem skupiać się na palcu i na telefonie żeby nim nie trząść. Normalnie czytam szybciej.

Dlaczego pokazuję te filmiki? Z prostego powodu. Wiele osób zastanawia się nad fenomenem szybkiego czytania. Ludzie szukają rożnych kursów, które ponoć mają im umożliwić szybsze czytanie. Będę z wami szczery – nie wierzę w nie. Sam nigdy się nie uczyłem szybko czytać. Ta umiejętność przyszła sama.

Zastanawiacie się czy jest możliwe spamiętanie czegokolwiek z tekstu w tak krótkim czasie. Przyznam, że mnie się udaje tylko około 80% tekstu spamiętać. Więcej nie daję rady.

Pamiętam, że kiedyś mierząc szybkość czytania z monitora miałem 1150 znaków na minutę. Ale to z monitora, strasznie się męczą przy tym oczy. Z kartki jest trochę lepiej, ale tego już nie mierzyłem.

Jeśli macie jakiekolwiek doświadczenia z kursami szybkiego czytania napiszcie tutaj, może uda mi się jeszcze przyśpieszyć. Choć nie wierzę w nie, ale to głównie przez fakt tego, że u mnie umiejętność ta przyszła sama. Wystarczy czytać i umysł wraz ze wzrokiem same się dostosowują do szybszego czytania.

Trzeba było zastrzelić artystę

Postawili nas pod ścianą ustawiając w równym rzędzie. Każdemu przewiązano oczy opaską. Chyba tylko po to żeby nie widzieć w nich pogardy, bo na strach nie mogli liczyć. Wokół unosił się smród potu i fekaliów. O dziwo nie pochodził od nas. Nie pozwolono nam długo czekać na koniec tej farsy. Rozległ się dźwięk zamków karabinów. Zamarłem czekając na nieuniknione. Nie byłem artystą, musiałem umrzeć. W imię sztuki.

Dobra, przesadzam z tym patosem, ale czasem tak się czuję gdy widzę, co wyprawiają dzisiejsi artyści. Nie darzę ich szacunkiem i nie staram się tego ukryć. Wszystko przez coś, co  mnie bardzo boli. Traktują literaturę jak dziwkę. Nie warto owijać w bawełnę i szukać na siłę jakiegoś innego sformułowania. Sami tak o niej mówią, więc czemu ja nie mogę?

Chowają się za hasłem „Eviva l’arte!” wypaczając pojęcie sztuki do granic możliwości. Powiedzcie mi jak chorym trzeba być, by zagłodzić psa i pokazywać go w galerii określając mianem „sztuki”? Jak chorym trzeba być, by zgodzić się na wystawienie tego w galerii? Jak zwichrowaną psychikę trzeba mieć, by się temu spokojnie przyglądać i dyskutować o sztuce?

Teraz artysta, by istnieć musi szokować, łamać wszystkie normy i obyczaje. Ważna jest sztuka. Sztuka dla sztuki! To co jest dziwne i obrazoburcze jest „trendy”, a bycie trendy to bycie artystą. Pamiętacie zapuszkowane ekskrementy pewnego artysty? Teraz każdy chce je mieć w swoim domu. Puszka podpisana w kilku językach „Gówno artysty” leżąca nad kominkiem to znak, że się człowiek zna na sztuce. Jeśli ktoś chce mieć coś takiego u siebie musi się śpieszyć gdyż część tych „cudeniek” nie wytrzymała próby czasu i po prostu eksplodowała.

Jednak to dwa skrajne przypadki w dodatku w ogóle nie związane z literaturą. Więc czemu się tak oburzam gdy ktoś powie, że jestem artystą? Pamiętam jak kilka miesięcy temu miałem, wątpliwą, przyjemność rozmawiać z pewnym osobnikiem, który twierdził, że nienawidzi literatury. To jeden z tych określających ją mianem „dziwki”. Spytałem go więc czemu pisze? Czemu traci czas na robienie czegoś czego tak bardzo nienawidzi i czym gardzi? Odpowiedział, że musi.  Poczym wrzucił na pewne forum kolejny swój tekst, w którym nie używał ani wielkich liter, ani znaków interpunkcyjnych, ani zasad ortografii. Tak walczył o nieśmiertelność wierząc, że jest jednym z tych niedocenionych za życia, któremu przyszłe pokolenia będą stawiały pomniki.

Nie oceniam ludzi i nie zabraniam nikomu pisać, ale nie chcę żeby porównywano mnie z kimś, kto poszanowanie do języka pisanego ma w czterech literach. Sam nie jestem doskonały, nie znam wszystkich zasad interpunkcji, popełniam błędy stylistyczne i wiele innych, ale staram się pisać tak, by być ogólnie zrozumianym. Zresztą nie pojmuję zamykania literatury w takich granicach jak: „Utwór literacki musi mieć 1001 znaków. Nie więcej, nie mniej”. Dla mnie są to totalne bzdury. Takie reguły powstają chyba tylko po to, by szokować i wzbudzać kontrowersje. Nie wierzę, że sam autor je stosuje.

To co kiedyś było esencją bycia artystą odeszło w zapomnienie. Ludzie wrażliwi tworzący prawdziwą sztukę wrzucani są do jednego worka z wyżej wymienionymi osobnikami. Dla mnie nie ma w tym za grosz artyzmu, jedynie głupota i brak wrażliwości. Sztuka umiera zabijana każdego dnia przez artystów przez małe „a”. Tych pisanych przez wielkie zostało niewielu. Niestety.

Książka i co dalej?

Czy zastanawialiście się kiedyś co będzie kolejnym krokiem w ewolucji książek i literatury? Zaczęło się od książki, statycznej formy przekazu, później doszła do tego nieco bardziej dynamiczna forma – audiobook, a „niedawno” pojawiły się łatwe w przechowywaniu e-booki.

Jesteśmy świadkami postępu technicznego jakiego nie doświadczyło żadne inne pokolenie. My pokolenie Nintendo mamy okazję przyjrzeć się temu postępowi i odczuć go na własnej skórze. Choćby na przykładzie książek. Ich przejściu od nieruchomej papierowej wersji do tej interaktywnej, przepełnionej dźwiękami jest niesamowitym zjawiskiem. Wielu z nas przepełnionych jest sentymentem do papieru, ale młodsze pokolenia wolą książki w wersji audio – nie muszą się męczyć czytaniem i poznają ich treść podczas innych czynności.

Aby odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki będzie kolejny krok w ewolucji książek i samej literatury trzeba sobie wpierw odpowiedzieć na inne pytanie: „Czym dla mnie jest książka?”. Mógłbym teraz przytoczyć definicję słownikową i pozostać przy tym suchym i bezosobowym opisie. Jednak serce nakazuje mi zrobić inaczej. Każe mi zdradzić co słowo „książka” znaczy dla mnie osobiście. Książka to dla mnie namacalny przejaw magii. Dzięki niej każdy może chociaż przez chwilę być każdym: pilotem, królem, dosłownie każdym. Przy książce spędziłem wiele wspaniałych chwil rozwiązując zagadki kryminale z Sherlockiem Holmesem czy też przeżywając piekło obozu jenieckiego z Peterem Marlowem. Do dziś pamiętam jak mój starszy brat chodził do przedszkola i uczył się czytać. W dzieciństwie był dla mnie wzorcem, więc nie dziwi fakt, że chciałem być taki jak on. Odstawiłem na bok zabawki i uczyłem się czytać razem z nim. I tak trzyletni Piotruś nauczył się czytać. Od tego dnia rozpoczęła się moja miłość do książek i literatury, której obecnym przejawem jest moja obecność w Qfancie. Mogę się założyć, że każdy ma miłe wspomnienia związane z literaturą i samymi książkami.

Jeśli chodzi o audiobooki lub też raczej książkę mówioną to powiem szczerze, że nie przekonują mnie do siebie. Wchodzą w strefę, która w moim przypadku jest przeznaczona dla muzyki – może występować w wersji bez słów, ale same słowa, w dodatku narracja to coś nie dla mnie. Wiem, że są miejsca, w których książka w wersji dźwiękowej jest niezastąpiona – choćby podczas jazdy do pracy gdy jesteśmy na miejscu kierowcy. Na świecie z każdym dniem zdobywają większe rzesze zwolenników, w Polsce również, jednak jak napisałem na początku, nie interesują mnie one zupełnie.

Inną rzeczą są e-booki, elektroniczne wersje książek, których jedynym chyba plusem, jest łatwość przechowywania i brak potrzeby ciągłego wycierania z kurzu. Wymyślenie ich chyba było efektem ludzkiego lenistwa lub spowodowane alergią na kurz. A tak na poważnie to uważam, że są przydatne w kilku przypadkach lecz niosą ze sobą niepokojące zjawisko piractwa. Takie książki łatwo rozpowszechniać w tak zwanym „lewym obiegu” pozbawiając autorów dochodu za pracę włożoną w powstanie książki. Nie chcę jednak o tym pisać.

Czy po tych trzech formach książki ujrzymy kolejną? Czy będzie to nadal książka? Nie wiem. Moja wyobraźnia nie potrafi oddzielić książki od jej materialnej formy. Nie potrafię sobie wyobrazić książki w innej wersji niż te trzy wymienione. Wyświetlana na ekranie przestaje być książką, przekazywanie opisów i akcji w niej się odbywających wprost do mózgu to już nie dość, że fantastyka to dodatkowo zupełna utrata sensu słowa „książka”. Zastanawiam się co przyniesie nam jutro. Mam jednak nadzieję, że widok półki uginającej się pod ciężarem książek nie zniknie pozostając jedynie wspomnieniem.

Być redaktorem

Kilka lat temu czytałem bardzo ciekawy artykuł w Nowej Fantastyce, którego tytuł brzmiał chyba tak: „Małpując recenzenta”. Po lekturze byłem oburzony poglądami prezentowanymi przez autora. W skrócie pisał w nim o zjawisku, które określił małpowaniem. Deprecjonował w nim ludzi zajmujących się recenzowaniem tekstów literackich w internecie. Według mnie wychodził z błędnego założenia, że osobom tym brak wiedzy i umiejętności. Nie brał pod uwagę, że spora ilość z nich to absolwenci uczelni wyższych studiujący kierunki dające im odpowiednią wiedzę. Umiejętności nabiera się w praktyce. A gdzie o nią najłatwiej?

Kiedyś trzeba było przejść zupełnie inną drogę, by zostać recenzentem i redaktorem. Liczyła się tylko praktyka w papierowych periodykach. Teraz gdy one powoli zanikają nie można umniejszać roli internetu w szkoleniu nowej fali redaktorów. Internetowe czasopisma stają się realnymi konkurentami w walce o zasoby ludzkie. Te dobrze rozreklamowane biją na głowę papierowe wydania. Jednak takich jest mniej niż palców u jednej ręki. Zwłaszcza w gatunkach innych niż główny nurt.

Pomijając wiedzę i doświadczenie, zapominając o kwestii stania się redaktorem warto powiedzieć o samym byciu nim. Jakie ono jest, z czym się wiąże? O tym się mówi bardzo mało lub wcale. A przecież to bardzo miłe zajęcie. Co prawda są chwile gorsze i lepsze, jednak te drugie moim zdaniem przeważają. Autorzy opowiadań, które recenzujemy nie zdają sobie sprawy z tego jakie to uczucie przeczytać podziękowanie za recenzję i zobaczenie w kolejnym opowiadaniu, że zostały zastosowane zaproponowane uwagi. Tu nie chodzi tylko o uczucie bycia docenionym, ale o przeświadczenie, że czas przeznaczony na recenzję nie poszedł na marne.

Zdarzają się też chwile mniej przyjemne. Takie gdy urażony autor wysyła nam maile pełne niecenzuralnych słów, których nie powstydziłby się nawet Bogusław Linda gdy grał w „Psach”. Takie momenty to rzadkość, ale się zdarzają. Kiedyś mi ktoś powiedział: „Szanuj recenzenta swego, bo możesz mieć gorszego” i to rzeczywiście jest prawda. Osobiście miałem szczęście trafiać na osoby znające się na rzeczy i nie bojące się powiedzieć w twarz, co robię źle. W internecie to rzadkość. Wiele osób chowając się pod maską nicku woli powiedzieć to, co chce usłyszeć autor niż prawdę. Takie osoby nie zostaną nigdy prawdziwymi redaktorami ani recenzentami. W tym fachu ceni się szczerość przede wszystkim. Tego wymaga uczciwość i honor. Te cechy wiele dla mnie znaczą i tego wymagam od swoich współpracowników.

Życie recenzenta to istna sinusoida – raz trafiają się miłe chwile, innym razem takie, które sprawiają, że się odechciewa wszystkiego. Sam już nie raz miałem ochotę porzucenia tego mało wdzięcznego zawodu. Jednak kocham literaturę ponad życie i wydając ostatni oddech na łożu śmierci chcę wiedzieć, że aż do końca robiłem to co kocham. Dlatego nigdy nie przestanę być recenzentem i redaktorem.

Na koniec casting na redaktora, który przypadkiem znalazłem.

Kryminał umarł!

Tak, to prawda. Nie musicie przecierać oczu, to nie pomyłka. Kryminał umarł. Ktoś musiał to w końcu powiedzieć. Nie wierzycie? Rozejrzyjcie się na półkach w księgarniach. Ile pozycji kryminalnych na nich widzicie? Ile z nich jest napisanych przez pisarzy po czterdziestce? Ilu przez kogoś poniżej tego wieku? Porównajcie to z powieściami fantasy chociażby. Policzcie autorów polskich. Jakie wnioski?

Mamy dla przykładu świetne powieści Jacka Skowrońskiego, Piotra Pochuro, Jana Siwmira, oprócz nich są zagraniczni pisarze jak David Peace, ale to wszystko. Od dłuższego czasu przyglądam się powieściom kryminalnym i pisarzom – zwłaszcza tym młodym pragnącym debiutu. I wiecie jaki wniosek mi się nasuwa na myśl? Kryminał stracił sympatyków. Od czterech lat obserwuję spadek zainteresowania tym gatunkiem, nikt z początkujących pisarzy nie sięga po niego. Wybierają zamiast tego fantastykę.

Dlaczego tak jest? Czyżby już wszystko w kryminale zostało powiedziane, co było do powiedzenia? Niemożliwe. Według mnie powód jest bardziej prozaiczny. Żeby napisać dobry kryminał trzeba naprawdę przysiąść nad fabułą, zaskoczyć czytelnika, wymyślić zagadkę. W przypadku fantastyki nie jest tak trudno. Zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę zalew sztampowej fantastyki z krasnoludami i elfami na czele. Od kilku lat Polska fantastyka stała się odtwórcza aż do bólu, a kryminał się po prostu zestarzał. Świetni autorzy nie mają następców. Nawet jeśli wydadzą jeszcze kilka powieści to za kilka lat może się przydarzyć, że premier powieści kryminalnych będziemy szukać jak igieł w stogu siana. Nie chcę być złym prorokiem. Naprawdę mam nadzieję, że się mylę.

Do czego tak naprawdę zmierzam? Do tego, by poruszyć kilka osób. Może ktoś się oburzy i krzyknie: „Jak to nikt nie pisze kryminałów?! A ja?!”. A po okrzyku przyjdą czyny i za jakiś czas na półkach w księgarniach ujrzę nowe nazwiska, które godnie zastąpią Kąkolewskiego, Pochuro, Skorwońskiego, Rygiel i resztę – niestety nie wystarczy mi miejsca, by wymienić wszystkich, a których bardzo lubię i poważam jest wiele.

Czego tak naprawdę brakuje w polskim kryminale? Mamy przecież lekką prozę z dużą dozą humoru od Jacka Skowrońskiego (chociaż napisał powieść, która różni się od poprzednich – mam nadzieję, ze niebawem ukaże się w księgarniach), twardą policyjną powieść od Piotra Pochuro oraz najeżoną emocjami powieść od Katarzyny Rygiel. A gdzie kryminał w stylu „noir”? Gdzie powieści twardo osadzone w rzeczywistości i oparte na faktach w stylu Kąkolewskiego? Chciałoby się rzec „gdzie ci pisarze z tamtych lat?”, jednak na takie gorzkie słowa przyjdzie jeszcze czas. Póki co mamy dobrych autorów kryminałów, bać się należy co będzie potem.

Zachęcam więc początkujących pisarzy, jeśli czytają te słowa, by spojrzeli przychylniejszym okiem na piękny gatunek jakim jest kryminał. Zapewniam, że potrafi wciągnąć jak nic w świecie. No może nie tak bardzo jak oczy ukochanej, ale cholernie mu blisko do tego. Ja się zakochałem od pierwszego wczytania. Teraz chłonę każdą powieść kryminalną jaka wpadnie mi w ręce.

Moim skromnym zdaniem kryminał jest królem wśród wszystkich gatunków literackich. Duży wpływ na to ma fakt, że od lat dzieciństwa zaczytywałem się w różnych książkach. Po latach dziecinnej fascynacji powieściami, w których pojawiały się dinozaury (Kto tej fascynacji w dzieciństwie nie przeżywał i nie chciał gdy dorośnie zostać archeologiem? No kto?) przyszło zamiłowanie do kryminałów. Zaczynałem od tych, które miałem w domu – peerelowskie powieści autorstwa choćby Jerzego Edigeya czy Andrzeja Szczypiorskiego. Teraz to wspaniałe przewodniki po świecie, którego już nie ma. Mnie osobiście nie było dane go poznać stąd te książki zajmują szczególne miejsce w moim sercu.

Zresztą kryminały to wspaniałe świadectwo czasów, które minęły, nie tylko jako przewodników po świecie, ale opissposobu myślenia. Chciałbym, by moje dzieci przejęły po ojcu zainteresowanie kryminałem. Ba, nawet żeby same pisały. Byłoby miło mieć w rodzinie znanego pisarza, zwłaszcza piszącego książki w gatunku, który się kocha.

Internet VS Papier

Od dłuższego czasu docierają do mnie wieści z różnych źródeł o tym, że czytelnictwo w Polsce upada. I jest to upadek na łeb na szyję. Z jednej strony przyjmuje te wieści zgadzając się z argumentami i wnioskami, z drugiej zaś coś mi w nich nie pasuje. Zwłaszcza gdy rozejrzę się wokół.

Nie potrafię uwierzyć, że nagle całe społeczeństwo przestało czytać. Jest to dla mnie zbyt abstrakcyjne stwierdzenie. To tak jakby przestać oddychać. Jednak według badań ponad 50% polaków w ciągu roku przeczytało mniej niż jedną książkę. Mniej niż jedną?! To znaczy, że skończyli lekturę po kilku stronach? A może spojrzeli na okładkę i uznali, że książka nie jest dla nich? Nie potrafię tego pojąć. Naprawdę.

Statystyki są bezlitosne, ale wydaje mi się, że zdecydowanie przesadzone.

Zdecydowałem się zrobić małe badanie. Postanowiłem przyjrzeć się jak największej ilości ludzi znajdujących się w okolicznościach sprzyjających czytaniu. A co może sprzyjać temu bardziej od żmudnej drogi koleją? Jak postanowiłem tak zrobiłem.

Kilka dni temu wsiadłem w pociąg – do ostatniego wagonu, by przyjrzeć się wszystkim pasażerom – i wyruszyłem w podróż do pierwszego wagonu licząc czytające coś osoby. Jestem trochę zdziwiony wynikami. Trzeba wziąć pod uwagę, że w jednym przedziale mieści się od 6 do 8 osób – zależy od klasy, a przedziałów na wagon przypada od 9 do 12. W pociągu, którym jechałem było aż (!) 5 wagonów, co jest wielką rozrzutnością dla PKP, zwłaszcza na trasach takich jak Przemyśl – Szczecin, gdzie pasażerów są setki, a przejazd trwa kilka godzin. Gdyby ktoś nie wyczuł ironizuję tu nieco, choć jestem w tym słaby.  Tak więc przeciskając się przez zatłoczone korytarze, licząc i zapisując wyniki wyszło mi, że blisko 30% pasażerów w takich chwilach wybiera książkę. Było też kilkoro czytających gazety, oglądających coś na laptopach i dwie osoby czytające (!) z tabletów. Reszta pasażerów bezmyślnie gapiło się za okno lub na sąsiada naprzeciwko.

Zdaję sobie sprawę z tego co teraz chcecie powiedzieć – „to niczego nie udowadnia”. Wiem. Nie mam na celu polemizowanie z teorią upadku czytelnictwa, a jedynie pokazanie, że:

a) nie jest tak źle,

b) upadek tyczy się głównie gazet,

c) czytelnictwo nie zanika, a jedynie przechodzi metamorfozę i dostosowuje się do wymogów narzucanych przez tryb życia człowieka,

d) przyszłością jest Internet (póki co, aż pojawi się jeszcze nowsze medium).

I naprawdę nie jest tak źle. Jest bardzo dużo osób, które wciąż w czasie wolnym mając wiele innych możliwości zapełnienia go wybiorą książkę. To jest fakt, nie opinia. Znam takie osoby i sam do nich należę. Telewizji nie oglądam w ogóle. Jedynie czasem wiadomości, ale to wszystko. Radia słucham jedynie w chwilach gdy wiem, że będzie wywiad z kimś kogo znam lub po prostu znudzi mi się muzyka z mp3. Wstyd przyznać, ale czytam mało gazet. Dwa lub cztery razy w miesiącu, na więcej nie mam czasu. Wolę książki, których czytam o wiele więcej. Sam więc pewnie przyczyniam się do upadku gazet i czasopism. Współczynnik przeczytanych gazet spada rok rocznie, podobnie jak wielkość ich druku, ale to zrozumiałem. Po co je drukować wiedząc, że nie zostaną sprzedane? Strata pieniędzy i papieru.

Ostatnio naszła mnie smutna refleksja, że i Qfant po wyjściu na papier może ulec tej tendencji. Teraz czytelnicy czekają na wyjście kolejnego numeru, ale w przypadku gdy trzeba będzie pójść do Empiku i wydać kilka złotych to czy nie zmniejszy się liczba czytelników? Ludzie są przecież z natury leniwi. Do tego teraz mają go za darmo.  Wierzę w nich, ale mam pewne obawy. Jednakże do czasu wyjścia QF na papier jest jeszcze trochę czasu.

Zresztą QF jest dowodem, że czytelnictwo nie upada, a jedynie dostosowuje się do czasów, w których żyjemy. Teraz rządzi Internet. Z braku czasu i miejsca ludzie nie biorą ze sobą książki w krótką podróż. Zawsze jednak w kieszeni znajdzie się miejsce na komórkę, a smartphony pozwalają na stały dostęp do Internetu i nie tylko. Można na nich przecież też przeglądać pliki PDF czy nawet te z Wordowskim rozszerzeniem. I tutaj można dopatrywać się ratunku dla czytelnictwa.

Wiele gazet dostrzegło niszę w Internecie i przeniosło się częściowo lub w całości do niego. Oprócz newsów dostępnych przy okazji nowego wydania pojawiają się na portalu tychże gazet wiadomości i informacje bieżące. Czy jednak tędy droga? Zobaczymy, według mnie jest trochę zbyt wcześnie, by wyciągać jakiekolwiek wnioski. Czas pokaże i zapewne niebawem przekonamy się czy szumnie ogłaszana wieść o śmierci czytelnictwa i papieru jest przesadzona czy też nie. Osobiście uważam, że tak. Nic nie zastąpi zapachu świeżo zadrukowanej książki, podniecenia z kupna egzemplarza, który już dawno wyszedł z druku lub zdobycie podpisu swojego ulubionego pisarza w formie namacalnej.

Nie zamienię swojej półki z książkami na nic innego. A wy?