Prześladują mnie mordercy

Czy zdarzyło się wam, byście kilka dni po przeczytaniu książki wracali do niej pamięcią z uśmiechem na twarzy wspominając perypetie bohaterów? No dobra, może nie z uśmiechem, bo on akurat nie pasuje do tych książek. Jednak z pewnością z pewnym poruszeniem i podziwem dla kunsztu autorów.

Ja właśnie tak mam. Od kilku dni nie potrafię zapomnieć o dwóch powieściach, które przeczytałem niedawno. Jadę autobusem i zastanawiam się nad tym czy nie jedzie ze mną potencjalny morderca, podobny do tego z „Gry diabła”.

Pomyślę o mordercy 50/50 i od razu przypomina mi się martwa dziewczynka z łabędzimi skrzydłami przyszytymi do pleców z „1974”.

To chyba znak, że powinienem odpocząć trochę od tak brutalnej prozy. Myślę, że lektura „Kota Syjonu” autorstwa Jerzego Wlazło będzie do tego dobrą okazją. Klasyczny kryminał w stylu noir to pyszny kąsek. Skąd wiem? Zacząłem już czytać. Po kilku stronach wiem, że mam do czynienia z dobrym kawałkiem literatury pełnym ironii, a to właśnie lubię najbardziej.

Zamieszczam recenzje wymienionych książek. Może ktoś z Was zdecyduje się na lekturę?

*     *     *

„Jeśli chcesz poznać artystę, patrz na dzieło” – tak mawiał ojciec głównego bohatera powieści „1974”, której autorem jest David Peace. Powieści, którą przerwałem na chwilę męczarnię sesji na studiach. Potrzebowałem odrobiny odprężenia, gdyż dzień powoli zaczął mi się mieszać z nocą. Nie sądziłem, że trafię na historię, która nie tylko pozwoli mi odpocząć od ciągłego myślenia o studiach, a nawet sprawi, że mój mózg zacznie pracować na zwiększonych obrotach, próbując odgadnąć przed bohaterem, kto jest mordercą.

Głównym bohaterem jest Eddie Dunford, pracujący jako korespondent działu kryminalnego na Anglię północną w „Evening Post”. Posadę przejął po „Jacku pierd%^&(% Whiteheadzie” – jak go sam często określa. Nietrudno się domyślić, że nie przepada za nim.

Poznajemy go w momencie, gdy czeka na komunikat prasowy policji w sprawie zniknięcia kilkuletniej dziewczynki. Czeka mimo faktu, że za chwilę ma się odbyć pogrzeb jego ojca. Jednak jak u każdego dziennikarza, w fenomenalnym mierniku spraw ważnych i ważniejszych interesujący temat zajmuje u niego pierwsze miejsce. Wiem, bo sam jestem dziennikarzem (właściwie będę) i powoli odczuwam ten pęd za tematem. Od tej konferencji prasowej wszystko się zaczyna. Pewnie gdyby Dunford wiedział, co się później wydarzy, nie pojawiłby się na niej.

Na okładce napisano, że Eddiego czeka wizyta w piekle. To prawda, a czytelnik jest świadkiem drogi ku niemu. Martwa dziewczynka z łabędzimi skrzydłami przyszytymi do pleców to wierzchołek góry lodowej, u której podnóża tkwi korupcja oraz ludzie zdolni do wszystkiego, by osiągnąć zamierzony cel. Dowodem na to jest to, co spotyka przyjaciela Dunforda – Barry’ego.

Peace buduje atmosferę w sposób, który może na początku denerwować; nerwowe przemyślenia bohatera czasem udobitniane wielkimi literami zdarzają się dosyć często i właśnie one na początku działały mi na nerwy – to chyba jedyny minus powieści. Jednak z czasem czytelnik przyzwyczaja się do tego typu zabiegów i zdaje sobie sprawę, że taki jest urok narracji, jaką wybrał autor.

Powieść nie jest pozbawiona humoru. Nieraz wypowiedzi Dunforda czy też jego rozmówców sprawiły, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Czasem są to słowa jakby żywcem wyciągnięte z klasycznych kryminałów z cynicznym i twardym bohaterem. Jednak Dunford nie jest typowym twardzielem. Oglądając zdjęcia z sekcji zwłok dziewczynki płacze – od razu widać, że jest poza stereotypem. Na trop w sprawie i początek złożonej afery nakierowują go ciotki rozmawiające na pogrzebie jego ojca, na który w końcu trafia. Gdyby nie to, możliwe, że nie wpadłby na rozwiązanie. Chociaż może autor znalazłby inny sposób na naprowadzenie bohatera na właściwy trop.

„1974” to powieść dziejąca się, jak nietrudno się domyślić, w roku 1974, dokładnie w zimie tegoż roku. A trzeba przyznać, że był to bardzo ciekawy rok, premierę miała „Teksańska masakra piła mechaniczną”, urodził się Andrzej Pilipiuk i miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca. Akcja dzieje się w hrabstwie Yorkshire, w którym David Peace jakiś czas mieszkał, a które również rozsławił tą powieścią. Tak więc można się spodziewać dużego realizmu w nakreśleniu miejsc oraz atmosfery tamtych lat. Autor, według mnie, umiejętnie wplótł w akcję własne doświadczania.

Jeżeli ktoś lubi książki napisane z perspektywy narratora posługującego się szorstkim językiem przepełnionym goryczą do świata, to ta powieść z pewnością przypadnie mu do gustu. Ocieranie się o zbrodnię niszczy człowieka, a ocieranie się o zbrodnie, sadyzm i korupcję w miejscach, gdzie się tego najmniej spodziewało, niszczy podwójnie.

„1974” Davida Peace’a to kryminał na miarę dwudziestego pierwszego wieku, nowoczesny, ale nawiązujący do klasyki gatunku. Anglicy na takie pozycje mówią: „Must have!”. Ja wolę dowcipne, lecz trochę przydługie sformułowanie: „Książka, którą zabiorę ze sobą na bezludną wyspę. Zaraz po „Sto jeden technik masturbacji”.

*     *     *

Czy kochaliście kogoś kiedyś tak mocno, że oddalibyście za tę osobę życie?

Nie pytam o zwykłe powiedzenie „Tak”, ale o prawdziwe wyznanie, za którym pójdą czyny. Czy, gdyby przyszedł do Was człowiek w masce diabła i spytał, kogo ma zabić, wskazalibyście siebie czy drugą połówkę? Zastanówcie się, zanim sięgniecie po „Grę diabła” Steve’a Mosbego.

Nie traktujcie moich słów jako zwykłego mielenia ozorem, ale jako przestrogę. Mosby jest jednym z lepszych autorów kryminałów, których miałem okazję czytać, a seria Klubu Srebrnego Klucza należy do moich ulubionych ze wszystkich zebranych książek. A jest ich sporo.

Dobrze, jeśli nikogo nie przestraszyłem, mogę przejść do właściwej recenzji. Obowiązek, jaki na mnie spoczywał został wypełniony, nikt nie ucierpi po kontakcie z diabłem. A ten diabeł jest okrutny i podstępny. Jeśli znacie seryjnych morderców przekonacie się, że ten jest jednym z bardziej przerażających. Nie, nie dlatego, że torturuje swoje ofiary. Nie dlatego, że zabija niewinne osoby. On odbiera ich życie, ich miłość. Obserwuje swoje przyszłe ofiary miesiącami, zdobywają jak najwięcej informacji o nich i później, bez skrupułów je wykorzystuje wysysając z tych ludzi miłość.

Uciekłem jednak trochę za daleko w swojej relacji. To dlatego, że dosłownie przed minutą odłożyłem książkę na półkę i jestem jeszcze świeżo pod wrażeniem prozy Mosbego. Zwolnię trochę i zacznę od początku.

Mogłoby się wydawać, że głównym bohaterem „Gry diabła” jest John Melcera, jednak na pierwszy plan wysuwa się Mark Nelson – świeżo upieczony detektyw, który dostaje się do zespołu Mercery zajmującego się tropieniem seryjnych morderców. Jest nowy, co nie znaczy, że brakuje mu doświadczenia.  Wcześniej często  pomagał w sprawach morderców, jako spec od psychologii behawioralnej. Liczba dokonań, które miał na koncie skłoniła Melcera do zatrudnienia w swoim zespole.

Już podczas pierwszego dnia, przychodzi mu zmierzyć się z prawdziwym koszmarem – mordercą 50/50, człowiekiem pozbawionym sumienia, torturującym swoje ofiary w imię gry o miłość. Od lat pozostaje on nieuchwytny, nagle zaczyna popełniać błędy pozwalające na zidentyfikowanie go. Policja depcze mu po piętach, pętla zdaje się zaciskać.

Nic bardziej mylnego. Mosby zapewnia nam niemałe zaskoczenie zakończeniem powieści. Bardzo się z tego powodu ucieszyłem. Czytelnik nie otrzymał książki opartej na utartych schematach, a powieść fundującą mu sporą dawkę adrenaliny i lekki szok na ostatnich stronach.

Język, którym posługuje się Mosby jest bardzo przejrzysty, dostosowany do sytuacji i czasu akcji. Dzięki temu, postacie występujące w powieści wydają się żyć własnym życiem. Zupełnie, jakby autor nie ingerował w ich losy, a jedynie spisywał poczynania poszczególnych bohaterów.

„Gra diabła” wolna jest od przepychu informacji – czytelnik wie dokładnie tyle, ile wiedzieć musi, nic ponad to. Mosby poradził sobie z tworzeniem fabuły tak, by czytelnicy nie odgadli, jakie jest zakończenie, zanim on sam nie odkryje wszystkich kart. Co dziwniejsze, na końcu żałowałam, że wcześniej na to nie wpadłem. Finał jest tak logiczny, że aż boli zabieg zastosowany przez autora. Czuję, że moje ego zostało poważnie zranione. W pozytywnym sensie, gdyż sprawiło to, że z wielka chęcią sięgnę po inne powieści Mosbego.

Mam nadzieję, że wydawnictwo Zysk i S-Ka dostarczy nam więcej tego typu wrażeń i wyda niebawem kolejną pozycję z serii Klubu Srebrnego Klucza, której autorem będzie Steve Mosby. Jeśli ktoś szuka nieszablonowego kryminału z zaskakującym zakończeniem to ta pozycja powinna być numerem jeden na liście.

Sprawdźcie, co jest w stanie zrobić człowiek w grze o miłość…

Advertisements
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: